​POTRZEBA WIOSKI, BY OCALIĆ ŻYCIE...

Skąd bierze się heroizm? Czy jest wynikiem indywidualnych cech danej osoby, bohaterstwa, siły, gotowości do poświęceń, czy też owocem wychowania, religii, a może społecznych uwarunkowań?

Takie pytania zadały sobie badaczki z Ohio State University i California State University w Sacramento w pracy poświęconej ludobójstwu w Ruandzie. Chciały się przekonać, co sprawia, że niektórzy ludzie w obliczu bezprecedensowej tragedii, niewyobrażalnej brutalności, decydują się podjąć ryzyko i ratować innych, obcych. Odpowiedź okazała się złożona. Piszą o niej w artykule opublikowanym właśnie na stronie internetowej czasopisma naukowego "Social Forces". Mam wrażenie, że w Wielkim Tygodniu, kiedy wiele myślimy o tym, czym są zło i dobro, warto na wyniki tych badań popatrzeć.

Reklama

"Rozpoczęłyśmy nasze badania z założeniem, że będziemy w stanie zidentyfikować indywidualne motywy, kierujące tymi, którzy decydowali się ratować innych, na istnienie takich motywów wskazywały wcześniejsze badania naukowe" - tłumaczy Hollie Nyseth Brehm z Ohio State University. "Szybko przekonałyśmy się jednak, że ci, którzy ratowali, nie robili tego sami. To była forma zbiorowego działania, w których kontekst społeczny i uwarunkowania danej, konkretnej sytuacji, miały często kluczowe znaczenie". Nawiązując do popularnego przysłowia, autorki przyznają, że "potrzeba wioski, by ocalić życie...".

Ludobójstwo, do którego doszło w Ruandzie od kwietnia do lipca 1994 roku, kosztowało życie około miliona osób ze społeczności Tutsi, wymordowanych przez Hutu. Autorki pracy dotarły do przedstawicieli Hutu, którzy udzielili Tutsi schronienia i ryzykując własne bezpieczeństwo, uratowali ich. Bezpośrednie rozmowy miały być kluczem do zrozumienia motywów ich heroicznych działań. Same rozmawiały z 35 takimi osobami, do swoich analiz włączyły też wypowiedzi 273 osób, które odpowiadały na ankiety innych badaczy. Najczęstszą formą ratunku było przechowanie Tutsi we własnym domu i ukrycie w ten sposób przed zbrojnymi bojówkami.

Wśród rozmówców było sześć osób, których nie można było uznać za bohaterów. Wręcz przeciwnie, byli sądzeni za popełnione w czasie tej masakry zbrodnie. Choć jednak zabili jednych Tutsi, to ratowali innych. Co nimi kierowało? "Ludzkie zachowania są złożone, nie zawsze da się je zakwalifikować do kategorii zło lub dobro, sama psychologia nie jest w stanie tego wyjaśnić" - tłumaczy Brehm. "Dlatego trzeba przyglądać się społecznym uwarunkowaniom".

Analiza rozmów wskazała na trzy istotne, społeczne czynniki. Pierwszy z nich ma charakter biograficzny, umożliwiający danej osobie podjęcie działań na rzecz ratowania innych. Większość ratujących to były osoby w nieco starszym wieku, podczas gdy mordowali raczej młodzi. Starsi mieli większy wpływ na opinię swoich rodzin, nie oczekiwano od nich równocześnie, że będą uczestniczyć w zbrodniczych działaniach zbrojnych bojówek. Ratujący Hutu mieli też zwykle wyższy niż przeciętny status materialny. To dawało im realną możliwość udzielenia Tutsi schronienia.

Kolejny istotny czynnik to historia rodziny i obecne w niej poglądy religijne. Aż 20 z 35 przepytywanych osób deklarowało, że ich działania były inspirowane historią rodziców, czy dziadków, którzy ratowali Tutsi podczas poprzednich wybuchów przemocy. Analiza wskazań grupy, przepytywanych przez innych badaczy 273 ratujących, wskazywała na silne motywy religijne, niewierzące były tylko trzy osoby, 52 proc. było katolikami, 40 proc. protestantami. W bezpośrednich rozmowach 57 proc. wskazywało na znaczenie motywów religijnych.

Trzecim istotnym czynnikiem były bezpośrednie związki ratujących z szukającymi pomocy. Z grupy 273 ratujących jedna trzecia stwierdzała, że uczestniczyła w tych działaniach, bo chodziło o ich przyjaciół lub sąsiadów. W przypadku bezpośrednio odpytywanych przez autorki pracy 35 osób, aż 32 deklarowały, że ratowały osoby im znane. W przypadku tych, którzy popełnili też zbrodnie, okazywało się czasem, że ratowali znane sobie osoby, zabijali nieznajomych.

Autorki przyznają, że osoby, które uczestniczyły w badaniach, nie były wybierane przypadkowo, docierano do nich różnymi sposobami, wyniki nie mogą być więc w pełni reprezentatywne dla wszystkich ratujących. Twierdzą jednak, że płynące z tej pracy wnioski rzucają pewne światło na źródła heroicznych postaw. Choć przy ich podejmowaniu indywidualne cechy charakteru musiały mieć istotne znaczenie, kluczową rolę odgrywały jednak okoliczności. Zdaniem autorek, oznacza to, że w obliczu dramatycznych wyzwań, ale w sprzyjających okolicznościach, wzniesienie się na poziom heroizmu jest dla większości ludzi możliwe, warunkiem jest budowa odpowiednio silnych rodzinnych, przyjacielskich i społecznych więzi. Tylko tyle i aż tyle. Traktuję to jako optymistyczną wskazówkę na przyszłość. Taką na wszelki wypadek...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy