Reklama

Reklama

To jak w końcu jest? Da się, czy się nie da?

Pierwszy, niepełny wciąż rok rządów Prawa i Sprawiedliwości upłynął pod znakiem prób udowodnienia, że da się i... że się nie da. O tym, że się da usiłowali nas przekonać rządzący, o tym, że się nie da - opozycja. Nie umiem dziś definitywnie stwierdzić, komu lepiej się to udało. Tym bardziej, że o ile opozycja była konsekwentna i kampanię pod hasłem "niczego w Polsce na lepsze zmienić się nie da" prowadziła z pomocą wszystkich sprzyjających mediów całą dobę na okrągło, rząd nie był już tak konsekwentny. Niestety.

Odpowiedź na pytanie, czy politykę w Polsce można prowadzić inaczej, niż za czasów koalicji PO-PSL, a właściwie inaczej, niż niemal przez cały czas istnienia III RP, ma w gruncie rzeczy kluczowe znaczenie dla przyszłości obecnego rządu. I owszem, zapewne też dla przyszłości Polski. Myślę, że PiS zdaje sobie z tego sprawę, jestem pewny, że zdaje sobie z tego sprawę opozycja i cały obóz III RP. To dlatego każde, literalnie każde, działanie tego rządu jest natychmiast oprotestowywane i wyśmiewane, a każda jego porażka wywołuje rechot zadowolenia i okrzyki "a nie mówiliśmy?". To dlatego rząd krytykowany jest przez tych samych ludzi zarówno za składanie obietnic, jak i za to, że ich nie realizuje.

Reklama

Opozycja nie ma innego wyjścia, jeśli PiS pokaże, że można w kraju i na arenie międzynarodowej działać inaczej, uczciwiej, skuteczniej, w interesie obywateli, wieko skrzyni z napisem III RP z hukiem się zatrzaśnie. Zapewne na zawsze. A ponieważ utrata wpływów będzie najłagodniejszą z możliwych konsekwencji tego stanu, "elity" posuną się do każdego możliwego kłamstwa i manipulacji, by do tego nie dopuścić. I posuwają się... całą dobę.

W rok po wyborach i niespełna rok po objęciu formalnej władzy Prawo i Sprawiedliwość ma jednak ograniczone możliwości dowodzenia, że "owe zmiany są możliwe". Owszem, wprowadzono dobry program 500+, sukces będzie można ogłosić jednak dopiero wtedy, gdy w kolejnych latach uda się go sfinansować BEZ PODNOSZENIA PODATKÓW. Zwiększenie wpływów budżetu przez uszczelnianie systemu i obciążenie zagranicznych podmiotów, które do tej pory podatków nie płaciły, było atrakcyjnym wehikułem wyborczym, trzeba jednak wykazać, że to faktycznie wykonalne. Co do uszczelnienia, zobaczymy. Co do podatków handlowego i bankowego? No cóż... pytanie "da się, czy się nie da?" pozostaje aktualne. Podobnie, jak w innych "finansowych" dziedzinach, jak kwota wolna, wiek emerytalny, czy pomoc frankowiczom. Może pora porozmawiać o tym wprost.

Są dziedziny, w których zmian na lepsze nie widać wcale, choćby służba zdrowia, są takie, w których przygotowania trwają, choćby szkolnictwo wyższe, są takie, gdzie reformy się zaczęły, ale jeszcze nie wiadomo, jakie przyniosą skutki, jak edukacja. Są wreszcie resorty sprawiedliwości i obrony narodowej, do których wkroczyli najbardziej wyraziści ministrowie, budzący nadzieję u jednych i paniczny lęk u innych. I mający bardzo wiele do zrobienia. O tym, że ich działalność będzie budzić największy krzyk, wiadomo było od powołania rządu. No surprise there... Owszem chciałoby się, by nieco więcej spraw przebiegało nieco szybciej, ale... po skutkach ich poznamy. No, może tylko w dniu rocznicy zabójstwa bł. księdza Jerzego Popiełuszki wypada jeszcze podpisać się pod apelami niektórych środowisk, by wrócić do śledztwa w tej sprawie. Jak najszybciej.

Jedną z porażek rządu, która kładzie się poważnym cieniem na jego wizerunku, jest generalny brak PR-owej strategii i kompletna nieumiejętność kształtowania spójnego przekazu na zewnątrz. To mnie jednak nie martwi, ba, uważam za korzystne nawet dla tych, którzy rząd popierają. Jeśli zarzucaliśmy rządom Donalda Tuska, że zajmowały się tylko i wyłącznie PR-em bądźmy konsekwentni. Rząd musi się bronić działaniem, nie picowaniem, przynajmniej niektórzy z nas to już chyba rozumieją.

Jeśli widzę gdzieś obszar prawdziwie i niekwestionowanie dobrej zmiany, to w dziedzinach dotyczących pamięci narodu, tradycji, umacniania przyczółków naszej dobrej opinii o sobie. Myślę, że tu prezydent, pani premier i jej ekipa zdołała uczynić najwięcej. Owszem, zgadza się, w sprawach symbolicznych, mimo oporu niektórych środowisk, o działania najłatwiej. Jeśli tak, to dlaczego poprzednia ekipa nie chciała? No dobrze, żartowałem, to było pytanie retoryczne.

Wspominam o tym wszystkim nie bez przyczyny. Wpadła mi w ręce praca naukowców z Duke University, którzy tuż przed swoimi wyborami prezydenckimi badali motywy wyborców. Okazało się to, czego właściwie można się było spodziewać, wyborcy kierują się nie tylko chłodną kalkulacją, ale też pragnieniem przynależności do pewnej grupy, poczuciem tożsamości. Opisane na łamach czasopisma "Trends in Cognitive Science" wyniki badań pokazują nawet jeszcze coś więcej. Owe chłodne, racjonalne motywy muszą wręcz konkurować z emocjami, które wyborom towarzyszą. Właśnie dlatego, zdaniem naukowców z Duke, wyborcy tak często podejmują decyzje na pozór, albo nawet całkiem sprzeczne z ich interesami.

Polaryzacja opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych, jeśli nawet nie dorównuje naszej, z pewnością jest bardzo silna. Efekty obserwowane tam, zapewne i do naszej rzeczywistości się odnoszą. Jeśli tak, być może czekają nas kolejne emocjonalne wybory, w których szczegóły tego, kto jakich obietnic dotrzymał i kto komu, co udowodnił mogą być mniej ważne. Przestrzegałbym jednak PiS przed nadmiernym przekonaniem, że jakoś to będzie. Emocje, także pozytywne, owszem można wśród swoich wyborców umacniać, ale dla nas wszystkich byłoby lepiej, żeby zgadzały się twarde liczby. Na razie dowodów, że "naprawdę się da" jest wciąż za mało.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje