Reklama

Reklama

To nie są ćwiczenia. To pandemia

"Epidemia nie musi wzmocnić rządu, pamiętajmy w jak fatalnym stanie jest służba zdrowia" - takie mniej więcej słowa usłyszałem od dziennikarki wypowiadającej się wczoraj w jednej z telewizji. Nie jest ważne nawet kto i gdzie to powiedział, istotniejsze jest, że tego typu sposób rozumowania jest po antyrządowej stronie naszego politycznego sporu wciąż aż nadto widoczny. I najwyraźniej nie zamierza zaniknąć. Tymczasem to z czym mamy i możemy mieć w znacznie większym stopniu do czynienia to nie jest kampania wyborcza, to nie są ćwiczenia, to jest pandemia. I to dzieje się naprawdę.

Wszystkie doniesienia z krajów, gdzie koronawirus pojawił się wcześniej wskazują na to, że absolutnie kluczowym sposobem ograniczania jego rozprzestrzeniania jest utrzymywanie tak zwanego dystansu społecznego. Czyli trzymanie się z dala od tych, którzy mogą być zarażeni i pilnowanie byśmy my sami, w razie zarażenia, nie przenosili choroby na innych. O ile jednak dystans fizyczny powinien być między nami jak największy, dystans emocjonalny powinien być jak najmniejszy. Walka z epidemią wymaga jedności, empatii, wymaga przedkładania interesu innych, nawet całej zbiorowości, nad swój. I owszem także interesu wszystkich obywateli nad interes tej czy innej politycznej partii. To jest ten moment, kiedy nie wolno nam już dłużej tego nie rozumieć. A już szczególnie powinny to rozumieć środowiska, które mają ambicje pełnienia roli elit.

Reklama

Bardzo mocno trzymam kciuki za ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, jako przedstawiciela armii ludzi, od których w tej chwili tak wiele zależy. Nie tylko i nie przede wszystkim przedstawiciela rządu, ale właśnie osoby, która musi podejmować decyzje w dziedzinie, która ma teraz znaczenie kluczowe. Jego pozytywny wizerunek jest nam teraz bardzo potrzebny. Elementem tego wizerunku, niesłychanie rzadkim u współczesnych polityków, jest wrażenie braku politycznej agendy. Minister mówi, co ma do powiedzenia i niczym się nie chwali. To być może tylko wrażenie, ale jednak. Jest dowodem poczucia państwowej służby. To czas, kiedy taka narracja sprawdza się najbardziej. Powinni sobie zdać z tego sprawę i politycy partii rządzącej, i opozycja. To trudne, ale nie niemożliwe.

Oczekiwanie, że władze państwowe będą powściągliwe w opisywaniu własnych sukcesów, opozycja zaś powstrzyma się od nieustającej krytyki, jakkolwiek silne, czy wątłe ma podstawy, jest uzasadnione. W dobie oficjalnie ogłoszonej już przez Światową Organizację Zdrowia pandemii potrzebujemy wyważonych, a nie rozdmuchanych opinii. Mamy prawo podejmować decyzje nie na podstawie pobożnych życzeń rządzących lub antyrządowej histerii opozycji, ale faktów. Chciałbym wierzyć, że jeśli opozycja zwraca uwagę na problem, alarmuje, że coś jest nie tak, to opiera się to na prawdzie, a nie jest wydumane dla potrzeb kampanii. Chciałbym być pewien, że jeśli rząd mówi, że gdzieś problemu nie ma, to taka właśnie jest prawda.

Kiedy ogólnie rozumiana opozycja skrytykuje już rząd za to, że najpierw zwlekał z działaniami, a potem zarzuci mu, że przesadza z drakońskimi ograniczeniami, przychodzi pora na Kościół. No jak może nie zamknąć świątyń? Przyznam szczerze, że oświadczenie Episkopatu w sprawie zwiększenia liczby mszy świętych tak, by wierni mogli się na nich mniej tłoczyć, mnie ucieszyło. Takiej postawy Kościoła bym oczekiwał. Indywidualne decyzje, czy pójść na mszę, czy nie, czy przystępować do sakramentów, czy nie, należą do wiernych, służby sanitarne państwa mogą tu i powinny przedstawiać własne sugestie, ale fakt, że pierwszą intuicją polskich duchownych jest większa służba tym, którzy tej służby potrzebują, to dobre świadectwo. To nie przesądza dalszego rozwoju wypadków, bo w tej chwili pewne jest jedynie to, że trzeba będzie reagować na to co się dzieje elastycznie i na bieżąco. A co się będzie działo, nie wie nikt.

Puste półki w sklepach, których nie widziało na własne oczy całe pokolenie Polaków, wcale mnie nie dziwią i nie zaskakują. Wręcz przeciwnie. Nawet w gospodarce nadmiaru i przesytu warto być przezornym. Warto mieć podstawowe artykuły na choćby tydzień, by w razie gorszego samopoczucia móc przez kilka dni nie wychodzić z domu. Podobnie z podstawowymi lekami, czy środkami na ogólne grypopodobne objawy. To nie szaleństwo, to rozsądek. A z lekkim dystansem można powiedzieć, że te puste półki to tak naprawdę obraz tego, co się dzieje, gdy panikę odkłada się na ostatnią chwilę.

Uważam, że zamknięcie żłobków, przedszkoli, szkół i wyższych uczelni to dobra decyzja. Dzięki niej zmniejszy się ryzyko infekcji nie tylko w tych miejscach, ale też w komunikacji zbiorowej. Jeśli zależy nam na spłaszczeniu fali zachorowań, jeśli chcemy uchronić się przed przeciążeniem służby zdrowia, powinniśmy działać w ten sposób na jak najwcześniejszym etapie. Nie później niż teraz. To także dowód przezorności. Oby to przyniosło skutki. I powtórzę to o czym pisałem przed tygodniem. Nie panikujmy, bądźmy odpowiedzialni i dorośli. Wszystko będzie dobrze.

PS. Nie zapomniałem o zachowaniu marszałka Senatu, profesora Tomasza Grodzkiego. Ale niech rozliczają go ci, którzy z bliżej nieznanych mi powodów upatrywali w nim "nadziei polskiej demokracji".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje