Reklama

Reklama

Wściekłość i medycyna

O tym, że polityka i medycyna powinny sobie schodzić z drogi, dobrze wiemy. O tym, że polityka bywa w medycynie złym doradcą, właściwie nikt nie musi nas przekonywać.

Na to, że medycyna pada często ofiarą polityki mamy aż nadto przykładów. I oto znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy medycyna musiała się z polityką bardzo mocno związać. I to jeszcze w najgorętszym politycznie momencie, czyli przed wyborami. Na ile ten związek okaże się ostatecznie toksyczny, przekonamy się zapewne dopiero za jakiś czas. I wynik wyborów będzie miał tu istotne znacznie. Już teraz nasuwają się tu jednak pewne wnioski.

Reklama

Nie wszystkie oczywiste.  

Kolejne, ogłoszone w tym tygodniu prace naukowe pokazują, jak istotne znaczenie dla walki z epidemią miały podejmowane w poszczególnych krajach ograniczenia. Opublikowane w "Nature" niezależne prace wskazują z jednej strony na to, że bez tych ograniczeń w zaledwie sześciu krajach liczba zakażeń już na początku kwietnia sięgnęłaby ponad pół miliarda, a z drugiej, że tylko obostrzenia w jedenastu państwach Europy ocaliły życie ponad trzech milionów ludzi.

Badacze stwierdzili też między innymi, że gdyby Wielka Brytania wprowadziła tzw. lockdown tydzień wcześniej, liczba śmiertelnych przypadków byłaby tam o połowę mniejsza. Nie sposób w tym kontekście nie docenić wczesnej reakcji polskiego rządu, który zamykając kraj praktycznie na samym początku epidemii, uchronił nas i siebie przed zderzeniem z wysoką falą zachorowań. I nie sposób nie docenić postawy obywateli, którzy się temu podporządkowali.

Gdzie tu miejsce na politykę? Osobiście nie odbieram ministrowi zdrowia i premierowi prawa do dobrego samopoczucia. Podjęli słuszne decyzje, wtedy kiedy trzeba je było podjąć. Nie wykluczam jednak, że elementem procesu podejmowania tych decyzji była świadomość kruchości polskiego systemu opieki zdrowotnej i fakt zbliżających się wyborów prezydenckich.

Lęk przed przeciążeniem systemu i nieuchronną wtedy klęską wyborczą, a także chęć przeprowadzenia wyborów w ogłoszonym terminie, mogły mieć istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji o zamknięciu szkól, przedszkoli, a potem galerii handlowych i granic. To była odważna decyzja, pionierska na skalę Europy.

Czy bez widma wyborów zostałaby podjęta tak stanowczo, już wtedy? Nie mówię, że na pewno nie. Ale osobiście mam wrażenie, że jeszcze na przełomie stycznia i lutego rząd - podobnie jak my wszyscy - nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wydarzy. Mogło się więc zdarzyć, że właśnie pod wpływem przedwyborczej presji, tę decyzję, wtedy kiedy trzeba było, podjął.

Czy gdyby na miejscu rządu była opozycja, zareagowałaby lepiej, szybciej? Wbrew temu, co jej przedstawiciele twierdzą, nie sądzę. A nawet jestem pewien, że nie. Po pierwsze, byli tak samo nieświadomi zbliżającego się zagrożenia, jak cały świat. Skąd to wiadomo? To proste.

Zaczynała się wtedy awantura o 2 miliardy złotych dla TVP. Gdyby opozycja miała nawet szczątkowe przeczucia, co do tego, co nam grozi, zażądałaby przeznaczenia tych pieniędzy na przygotowanie służby zdrowia do pandemii. Być może ktoś nawet wpadł tam na taki pomysł. Ale ostatecznie zwyciężyła opcja szantażu onkologią. Bo uznano, że to najbardziej opinię publiczną poruszy. Gdyby ktoś tam wtedy cokolwiek przewidział, opozycja miałaby potem argument, który słyszelibyśmy całą dobę. Ale nie miała.

To jednak nie wszystko. Formacja tak wrażliwa na opinie zagranicy, szczególnie Berlina, nie pozwoliłaby sobie na zamkniecie granic ot tak, bez pytania o... powiedzmy - opinię. Granice zamknęlibyśmy później, z innymi. A każdy tydzień się liczył.

Nie wykluczam też, że wybory prezydenckie, a więc właśnie polityka, miały jeszcze jeden korzystny wpływ na naszą sytuację. Mam na myśli kolejne tarcze antykryzysowe i w końcu tarczę finansową. Inaczej, niż chciałby to pokazać rząd, nie wszystkie rozwiązania były od razu dobre i przemyślane. Inaczej jednak, niż chciałaby to pokazać opozycja, rządzący okazali się elastyczni, gotowi do zmian, modyfikacji i - owszem - coraz większej odwagi.

Nie mówię, że bez wyborczego bata rząd nie byłby skłonny do ratowania gospodarki, uważam jednak, że przedwyborcza gorączka mogła go skłaniać do - powiedzmy - większej hojności.

Na tym w mojej opinii, ten ewentualny i mocno warunkowy, pozytywny wpływ polityki na koronawirusowy kryzys się jednak kończy.

Szarpanina o termin wyborów w istotnym stopniu zdominowała czas, który rządzący w porozumieniu z opozycją powinni poświęcić na monitorowanie sytuacji i opracowanie planów wyjścia ze stanu zamrożenia. To bezprecedensowe zadanie, którego nikt wcześniej nie trenował.

Uporczywe powtarzanie schematu, że opozycja (w tym samorządy) domagają się określenia kalendarza odmrażania gospodarki, po określeniu kolejnych dat stwierdzają, że nie są gotowe, po czym żądają znów dat odmrażania czego innego, stał się już nużący. I w przypadku sprawy otwarcia granic znów mieliśmy z nim do czynienia. Pokazywanie palcem każdego wahnięcia w górę liczby rejestrowanych przypadków jako dowodu, że rząd nie panuje nad odmrażaniem, którego wcześniej głośno się domagano, w walce z epidemią nie pomaga.

Błędy i niekonsekwencje rządu są widoczne, szczególnie rażą, gdy premier Mateusz Morawiecki wchodzi w swoją narrację nauczyciela narodów i prymusa Europy. Ale zaryzykowałbym tezę, że owe błędy nie mają dominującego znaczenia i jeszcze nas w najpoważniejsze kłopoty nie wpędziły. I owszem, będzie można te błędy i niekonsekwencje rozliczyć. Tu jednak polityka nie pomaga, bo opozycja chce rozliczenia tu i teraz, podczas wyborów. I trudno jej się dziwić. Przy okazji jednak gwałtownie popada w swoje własne niekonsekwencje.

Jeśli ktoś był naiwny i w zmasowanej kampanii na rzecz przesunięcia majowych wyborów widział troskę o zdrowie obywateli, wie już chyba, jak bardzo się mylił.

I zostaliśmy z tą ciągnącą się i przydługą kampanią. Zmiana Małgorzaty Kidawy-Blońskiej na Rafała Trzaskowskiego z dnia na dzień zmieniła zabójcze koperty w całkowicie bezpieczne setki tysięcy list poparcia. Początek nowego etapu kampanii otworzył sztabom pole do spotkań kandydatów z wyborcami i... zaczęło się.

Jak można oczekiwać od obywateli, że będą się wciąż dystansować, jeśli w przekazach z tych wyborczych wieców żadnego dystansu i (niemal) żadnych maseczek nie ma? A dodatkowo zaprzyjaźnione telewizje pokazują takie ujęcia, by tłumy wydawały się jak największe. Wchodzimy w bardzo niebezpieczny okres, kiedy nieuwaga rządzących i lekkomyślność nas obywateli może wpędzić kraj w kłopoty. Pod ciśnieniem kampanii, zajęci innymi niż przez ostatnie miesiące sprawami, możemy opuścić gardę.

Nie wolno nam tego zrobić. Przedwyborcza wściekłość nie może medycyny zagłuszyć. Bo będziemy mieli prawdziwe kłopoty.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy