Reklama

Reklama

Będziemy wybierać

Wybory prezydenckie w Polsce mają od kilku kadencji podobny przebieg, który jedni mogą uznać za przejaw stabilności systemu politycznego, a inni za wyraz jego skostnienia. Zgłasza się grupa kilkunastu kandydatów, wśród nich jeden nowicjusz przedstawiający się jako pozasystemowy czy antysystemowy, zyskujący szybko znaczące poparcie, ale w II turze spotykają się reprezentanci dwóch największych sił politycznych.

Permanentnie podejmowane próby wykreowania "prezydenta obywatelskiego", pochodzącego spoza dominującego układu sił politycznych, a najlepiej w ogóle spoza polityki, nie przynoszą jak dotąd rezultatów. Począwszy od egzotycznego Stana Tymińskiego, przez Pawła Kukiza, a na Szymonie Hołowni na razie kończąc, kandydaci tacy, po chwilowym wzlocie, odlatują na ogół w nicość. Przeważnie, wbrew deklarowanej wcześniej pozapartyjności, zakładają swoje własne partie, które po początkowych sukcesach sondażowych schodzą na margines i zanikają. Z jednym wyjątkiem Andrzeja Olechowskiego, na bazie wyborczego sukcesu którego została zawiązana Platforma Obywatelska. Ale to było 20 lat temu, gdy system partyjny jeszcze nie był ukształtowany, a preferencje partyjne Polaków słabo określone. Szanse na stworzenie nowej siły politycznej przez Hołownię, a zwłaszcza na jej sukces polityczny, są więc znikome.

Reklama

Wynik Roberta Biedronia, porównywalny z uzyskanym przez Magdalenę Ogórek i uznanym wtedy za kompromitujący, to oczywista katastrofa. Lewica w wyborach odbywanych według ordynacji proporcjonalnych do różnych organów przedstawicielskich może liczyć na 10-15 proc., ale w większościowych, jak do Senatu czy prezydenckich, nadal pozostaje bez szans. Prezydentura - dwukadencyjna - Aleksandra Kwaśniewskiego oddala się coraz bardziej w czasie, przemieniając się w rodzaj legendy. Nawet wynik Grzegorza Napieralskiego sprzed dziesięciu lat (ponad 13 proc.), odzwierciedlający realny do dziś potencjał lewicy, to obecnie marzenie ściętej głowy. Biedroń wróci do Brukseli (przezornie nie zrezygnował z mandatu eurodeputowanego) i raczej nie będziemy go w kraju zbyt często oglądać. Jego efemeryczna partia Wiosna wkrótce zaś ponoć zniknie, roztapiając się w SLD. A jego wyborcy, jako najbardziej antypisowscy, poprą Trzaskowskiego.

Wynik uzyskany przez Kosiniaka-Kamysza, odbierany jako druga wielka klęska I tury, jest zwyczajny dla PSL (w trzech poprzednich jego reprezentanci nawet nie przekroczyli 2 proc.). Ale to rzeczywiście klęska, jeśli wziąć pod uwagę dwie okoliczności: kandydowanie z ramienia bloku zwanego szumnie Koalicją Polską, sugerującego konglomerat wielu środowisk, oraz aspiracje i deklaracje samego kandydata, który rozpowiadał o swoim udziale w II turze, a nawet zwycięstwie w niej i wygłaszał już quasi-prezydenckie orędzia, a nawet namawiał inne siły opozycyjne do wycofania swoich przedstawicieli i poparcia jego jako najsilniejszego rywala Dudy. Upadek musi być więc bolesny i bardziej niebezpieczny niż Biedronia, bo tamten niekoniecznie pociągnie w dół lewicę, mającą te swoje kilkanaście procent, gdy PSL w poprzednich wyborach parlamentarnych ledwo przeczołgał się nad progiem wyborczym, a w ostatnich osiągnął lepszy wynik tylko dzięki zbrataniu z Kukizem, który już odchodzi na polityczny margines, jak inni "niezależni". Opowieści o uchwytywaniu przyczółków w miastach, oparte na przejmowaniu części wyborców schodzącego ze sceny Kukiza, okazały się mrzonkami. PSL musi walczyć o przetrwanie na wsi, gdzie ich lider dostał 3 proc. i skąd PiS ich bezpardonowo wypycha.

Sondażowe, krótkotrwałe wzloty Kosiniaka okazały się iluzją wywołaną bojkotem wyborów 10 maja przez miażdżącą większość elektoratu największej partii opozycyjnej, co zostało mylnie zinterpretowane jako słabość Kidawy-Błońskiej. Buńczuczne zapowiedzi o "nieoddawaniu walkowerem" i "walce do końca" ("Wygramy tę walkę" - hasło z plakatów Kosiniaka) dzisiaj wyglądają na bufonadę. Wejście do gry największej partii, jej elektoratu i nowego kandydata pozbawiło złudzeń chwilowych bohaterów sondaży, zwłaszcza Kosiniaka-Kamysza.

Pokutuje też wśród partyjnych działaczy przekonanie, że partia musi wystawić własnego przedstawiciela w wyborach prezydenckich, bo inaczej okazuje słabość i skazuje się na zanik (to od czasu decyzji Unii Wolności z 2000 r. o rezygnacji z własnego kandydata, wiązanej z późniejszym upadkiem tej partii, choć to mogła być tylko koincydencja). Wolno jednak wątpić czy partie wzmacniają się 2-procentowymi wynikami swoich reprezentantów. 

Elektorat Krzysztofa Bosaka to enigma, bo obejmuje spektrum od libertarian do nacjonalistów. Trudno więc przewidzieć jak się zachowa w II turze i co z niego zostanie na dłużej, ale może rozstrzygnąć kto będzie prezydentem przez najbliższe pięć lat. "Wolnościowcy" może poprą Trzaskowskiego, "narodowcom" pewnie bliżej do Dudy. Kierownictwo Konfederacji pozostawiło im wolną rękę. Na dwoje babka wróżyła.   

A w II turze tradycyjnie spotkają się reprezentanci dwóch największych partii. Wynik zależy od mobilizacji nie tyle nawet ich zwolenników, co przeciwników. Zdeklarowani zwolennicy już dali głos w I turze, w II zobaczymy który ma więcej przeciwników. A ściślej: która z reprezentowanych przez nich wizji społeczeństwa i państwa ma więcej przeciwników. Ta oparta na społeczeństwie otwartym i tolerancyjnym, rządzonym według reguł liberalnej demokracji, z prawami mniejszości, w tym LGBT, swobodami obywatelskimi, systemem praworządnych instytucji przestrzegających reguł prawa i respektujących jego ducha, czy na społeczeństwie zamkniętym i ksenofobicznym, rządzonym według kaprysów demokracji populistycznej, nieliberalnej, prawach boskich (za takie uważanych przez Kościół katolicki), instytucjach wydających arbitralne decyzje, nieliczących się z prawem stanowionym (nawet konstytucyjnym) i swobodach tylko dla pewnej części obywateli (lepszego sortu). Będziemy wybierać.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne