Reklama

Reklama

​Deklaracje i preferencje

Polacy są jednym z najbardziej proeuropejskich społeczeństw, ale w wyborach - także tych do Parlamentu Europejskiego - najwięcej głosów oddają na partię antyeuropejską, skłóconą niemal ze wszystkimi europejskimi instytucjami. Badania wykazują wysokie poparcie Polaków dla zasad demokracji liberalnej, tymczasem ostatnie wybory wśród nich przeprowadzane wygrywa partia łamiąca je systematycznie i ostentacyjnie. Tylko niespełna 20 proc. Polaków preferuje rządy silnego przywódcy, lecz wodzowska partia kierowana przez samozwańczego przywódcę państwa ma poparcie pozwalające na samodzielne, niepodzielne i nieskrępowane rządy podległe jego woli.



Ciągle spada religijność oraz zaufanie do Kościoła katolickiego (to instytucja notująca największy spadek zaufania po 1989 r.), a także akceptacja jego ról społeczno-politycznych, ale najwyższym powodzeniem cieszy się ugrupowanie ostentacyjnie klerykalne, którego najważniejsi przedstawiciele okazują cechy dewotów (w tym prezydent, mający aprobatę ponad połowy społeczeństwa). Już tylko nieliczna mniejszość (ok. 10 proc.) popiera utrzymywanie tradycyjnych ról kobiet, rośnie stale akceptacja głównych postulatów feministycznych, ale wciąż najwięcej głosów wyborczych pada na formację mizoginiczną, otwarcie nawołującą do wspierania tradycyjnych kobiecych zajęć (z rodzeniem dzieci na czele). Większość Polaków dopuszcza przerywanie ciąży w pewnych okolicznościach i fazach, ale dominująca grupa głosuje na partię, która chce aborcji całkowicie zakazać. Rośnie aprobata dla osób i środowisk LGBT, lecz najwyższym poparciem cieszy się formacja, która ze zwalczania tych środowisk i ich postulatów uczyniła program polityczny i której przedstawiciele ogłaszają kolejne "strefy wolne od ideologii LGBT". 

Reklama

Proeuropejskie, prodemokratyczne, laicyzujące się, coraz bardziej liberalne społeczeństwo wspiera i wybiera antyeuropejskich, antydemokratycznych, antyliberalnych, klerykalnych polityków. Jak te sprzeczności wytłumaczyć?

Pierwsza interpretacja (jeśli pominąć zastrzeżenia co do metodologii i zatem rzetelności wyników badań) sugeruje nieszczerość respondentów. Ankieterom odpowiadają to, czego w swojej opinii tamci - wysłannicy środowisk akademickich i profesjonalnych - pragną. Przedstawiają im się więc jako liberalni, antyklerykalni, tolerancyjni, otwarci, bo mają poczucie, że takim wypada się prezentować. A co naprawdę myślą i czują - temu dają wyraz w wyborach, a więc niebezinteresownych i niezobowiązujących deklaracjach, lecz decyzjach kto będzie sprawował realną władzę w państwie.

Można ewentualnie przyjąć, że wyborcy PiS nie zdają sobie sprawy z notorycznego sprzeniewierzania się przez aktywistów "dobrej zmiany" ich poglądom, bo usłużne media narodowe i partyjne przekazują zniekształcony obraz działalności polityków obozu rządzącego. Lecz przecież bynajmniej nie kryją oni swojej dewocji, awersji do osób LGBT czy krytycznego nastawienia do instytucji europejskich. Niekiedy wręcz obnoszą się z takimi poglądami, przeciwstawnymi tym deklarowanym przez większość Polaków.

Potwierdza to trzecia interpretacja sformułowana przez Sławomira Sierakowskiego i Przemysława Sadurę na podstawie ich własnych badań: wyborcy PiS wiedzą dobrze co to za partia i wcale nie akceptują wielu jej poczynań, ale popierają ją jako spełniającą ich oczekiwania czysto materialne ("choć sami kradną, ale się dzielą"). Autorzy owego badania i tejże interpretacji nazywają tę postawę cynizmem Polaków.

Ale może kryje się za tym cynizm i wyrachowanie jeszcze inne. Jego prekursorami byliby myśliciele oświeceniowi, którzy powątpiewali w istnienie Boga i wartości propagowane przez religię, ale uważali, że nie należy tego zwątpienia upowszechniać, bo nie wiadomo jak się zachowają ci, do których by ono trafiło ("Boga nie ma, ale nie mówcie tego mojemu służącemu, bo mi poderżnie gardło kiedy będę spał" - powiedział ponoć Wolter). Wielu oświeceniowych, laickich uczonych brało sobie za żony katoliczki, licząc na ich posłuszeństwo i wierność, niepewne w przypadku kobiet oświeconych i wyzwolonych. Być może te oświeceniowe postawy trafiły jednak zatem do ludu polskiego, ale w przewrotnej, wyrafinowanej formie, takiej jak u prekursorów. Polacy są coraz bardziej zlaicyzowani, liberalni, tolerancyjni i otwarci, ale uważają, że lepiej takich poglądów nie propagować, bo nie wiadomo co z tego wyniknie, gdy się upowszechnią. Lepiej więc niech rządzi formacja, która będzie trzymać innych ludzi w ryzach religijnego światopoglądu i tradycyjnych wartości, których sami raczej nie podzielamy.

Przypisywanie takiego wyrachowania i wyrafinowania rzeszom Polakom może się wydać pochopne, bo wymaga ono jednak pewnej - choć specyficznej - inteligencji. Może to jednak współczesna i nowoczesna odmiana tradycyjnego Polaka-cwaniaka?

Zresztą wystarczy, aby takich wyrafinowanych cwaniaków było kilkanaście, a może i zaledwie kilka procent, by ich dodanie do grupy autentycznych dewotów, fundamentalistów, mizoginów i eurosceptyków czyniło z PiS partię o najwyższym poparciu.

Ale - jak wskazują ostatnie badania - poparcie to słabnie. Może zatem preferencje i wybory polityczne Polaków zbliżają się do ich deklaracji.     

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje