Reklama

Reklama

Euro w obliczeniach i objawieniach

Jarosław Kaczyński przez długie lata uchodził za ekonomicznego ignoranta i dyletanta, niezorientowanego w podstawowych zasadach polityki monetarnej, fiskalnej czy walutowej, niezainteresowanego nimi i dlatego niewypowiadającego się w tych kwestiach. Po ujawnieniu nagrań z negocjacji jakie prowadził w sprawie inwestycji deweloperskiej z austriackim kontrahentem, wielbiciele prezesa PiS dla odwrócenia uwagi od nadużyć w ten sposób odkrytych zaczęli wychwalać swojego wodza jako wytrawnego negocjatora, doskonale obeznanego w arkanach działalności deweloperskiej i świetnie rozeznanego w zawiłościach transakcji biznesowych.

Być może on sam uwierzył pod wpływem tych pochlebstw we własne kompetencje makroekonomiczne, a ponieważ z Austriakiem negocjował kwoty wyrażone w euro, więc poczuł się mocny i w tym temacie. Wypowiedział się więc o nim, stanowczo odrzucając możliwość przyjęcia europejskiej waluty przez Polskę. Postraszył, że to oznaczałoby europejskie ceny, ale nie płace.

Reklama

Jest to wywód na poziomie świadczącym o dość ograniczonej, mówiąc oględnie, orientacji w zagadnieniu. Jak wiadomo, rzadko wyściubia on nos poza ojczyznę i nie bywa w sklepach, dlatego może nie być zorientowany. Ale kto zagląda od czasu do czasu do Europy i tamtejszych oraz krajowych sklepów lub trochę o tym poczytał, ten wie, że wysokość płac i cen ma znikomy związek z rodzajem waluty, w jakim są one wyrażane. Najwyższe zarobki są w Danii, która nie przyjęła euro, oraz Norwegii i Szwajcarii, niebędących nawet członkami Unii Europejskiej; ale najniższe są w Bułgarii, Rumunii i na Węgrzech (naprawdę chcemy ich naśladować?), które też zachowały własną walutę i samodzielną politykę monetarną. Zarobków Finów, Irlandczyków czy Austriaków, a nawet (tak, tak!) Niemców, wypłacanych w euro, możemy im pozazdrościć, ale Litwini, Łotysze i Słowacy też otrzymują je w europejskiej walucie, lecz w przeliczeniu niższe czy nie wyższe niż Polacy. Płace zależą od wydajności pracy oraz kilku innych czynników, z których rodzaj waluty nie jest pierwszoplanowy.

To samo dotyczy cen produktów i usług. Fajnie byłoby zarabiać tyle co Holendrzy czy Belgowie (średnio ponad 2000€ netto), ale niekoniecznie płacić tyle co oni za chleb, masło czy przejazd tramwajem (bilet normalny w Amsterdamie 2,90€) albo piwo w restauracji (ostatnio w tymże Amsterdamie zapłaciłem 5€ za kufel heinekena), nie mówiąc o mieszkaniu. Lecz wiele cen, w przypadku produktów sprowadzanych z zagranicy lub funkcjonujących na międzynarodowym wolnym rynku i tak jest wyrównanych lub zbliżonych, np. za samochody, benzynę, markową odzież, wino itd. płacimy w przybliżeniu tyle co w całej Europie. Różnice wynikają raczej z wysokości podatków obciążających je w innej wysokości w każdym kraju (bo VAT nie jest w UE ujednolicony).

Zmiana waluty nie wywołałaby jakichś znaczących skutków. Polacy zresztą jej namiastki już doświadczyli gdy w latach 90. przeprowadzano denominację. Przed jej rozpoczęciem też spekulowano jakie perturbacje wywoła, a gdy napisałem wówczas, że nie będzie żadnych, w pewnym opiniotwórczym tygodniku uznano moją wypowiedź za najgłupszy głos w sprawie denominacji. Dzisiaj mało kto o tej wymianie pieniądza pamięta, a młodsi znają ją tylko z książek i wspomnień rodziców czy dziadków.

Ponieważ wszystkie ceny, zarówno pracy (czyli płace), jak towarów i usług, zostałyby przeliczone po tym samym kursie, ich relacje pozostałyby bardzo podobne do obecnych. Oponenci straszą, że takie przeliczanie dałoby okazje do zaokrąglania w górę, ale równie dobrze można oczekiwać obniżenia w celach promocyjnych. Jak słusznie (tym razem) zauważył Grzegorz Kołodko, jeśli po przeliczeniu jakiejś ceny ze złotych na euro wyszłoby, że coś ma kosztować 4,02€, wówczas niemal na pewno sprzedawca obniży ją do 3,99, bo tak się na ogół postępuje w handlu.

Jedyna natychmiastowa i znacząca zmiana dotyczyłaby ułatwienia dostępu do nowej waluty w stosunku do starej, bo koszty kredytów wydatnie by zmalały. Obecna stopa procentowa (kredytowa) Europejskiego Banku Centralnego, czyli obowiązująca w strefie euro, wynosi 0,00 proc., więc średnie oprocentowanie kredytu konsumpcyjnego w wielu krajach tej strefy jest kilkakrotnie niższe niż w Polsce. Niebezpieczeństwo więc w tym, że Polacy, podobnie jak wcześniej Hiszpanie czy Grecy, rzuciliby się pożyczać euro, zadłużać się i w przypadku wahnięcia koniunktury wpadać w pułapkę zadłużenia. Czyli zagrożenie w zbyt łatwym dostępie do nowego pieniądza. Zresztą coś podobnego wielu Polaków też już przetestowało, zaciągając kredyty hipoteczne denominowane w euro (bo wówczas stać ich było na więcej), tylko że wpadli w tarapaty z powodu osłabienia złotego, czyli wzrostu rat kredytu po przeliczeniu z polskiej waluty na europejską. Gdyby zarabiali w euro, takich kosztów i strat by nie ponieśli. Zresztą w ogóle zniknęłyby koszty wymiany i ryzyko walutowe.

Waluta euro skończyła niedawno 20 lat. Spośród obywateli Unii Europejskiej, którzy się nią posługują, ponad 70 proc. jest z niej zadowolonych. Czyli ci, którzy mieli dwadzieścia lat, aby w swoim codziennym, praktycznym życiu sprawdzić wszystkie zalety i mankamenty euro, uważają że zalety przeważają.    

Obronę złotego i potępienie euro ośmieszył zresztą pewien członek Rady Polityki Pieniężnej i prezydenckiej Rady Rozwoju, który stwierdził, że przyjęcie wspólnej waluty byłoby wbrew przepowiedniom fatimskim i objawieniom w Gietrzwałdzie. Wobec takich argumentów ekonomia jest rzeczywiście bezradna. Lecz jeśli polska waluta będzie mieć takich obrońców, a europejska takich przeciwników, to wprowadzenie euro do Polski raczej się przybliży niż oddali. Wszyscy poważni ekonomiści wyliczają, że przyspieszyłoby to wzrost gospodarczy, tak jak się stało w Słowacji, jedynym kraju grupy wyszehradzkiej, który wszedł do strefy euro i odtąd (od 2009 r.) osiągnął wyższy od tych krajów skumulowany wzrost PKB. A ceny wzrosły w tym czasie o 12 proc., gdy w Polsce, Czechach i na Węgrzech średnio o 18 proc. (powyższe liczby za artykułem Marty Gӧtz, Bartłomieja E. Nowaka i Witolda M. Orłowskiego, zamieszczonym w styczniowej "Rzeczpospolitej" na jubileusz 20-lecia euro). W 2013 r., siedząc obok Marka Belki i Jacka Rostowskiego podczas konferencji w Ministerstwie Finansów, o korzyściach nie tylko z przyjęcia euro, ale nawet z samego wejścia na prowadzącą do tego ścieżkę przekonywał Mateusz Morawiecki, co przypomniał na pochodzącym z tego czasu wideonagraniu Ryszard Petru. No, ale obecnie Mateusz Morawiecki opiera się nie na ekspertyzach ekonomistów, lecz przekonaniach Jarosława Kaczyńskiego, swojego politycznego nadzorcy.         

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje