Reklama

Reklama

Hajże na Schetynę

Odtrąbiwszy 12-procentowy sukces lewicy oraz jeszcze większy, bo 8-procentowy triumf PSL wspieranego przez Kukiza, chmara komentatorów w stadnym pędzie ruszyła rozliczać sprawcę 27-procentowej klęski Koalicji Obywatelskiej. To nie jest nowa tendencja, bo nękanie Schetyny jest tradycyjnym od lat rytuałem polskiego dziennikarstwa uważającego się za niezależne, a frazes "Schetyna nie ma charyzmy" już dawno stał się największym banałem polskiej publicystyki, z którym rywalizują jedynie "Schetyna się nie nadaje", "Schetyna jest obciążeniem PO", "Schetyna musi odejść".

Nawet najwięksi krytycy Schetyny, wytykający mu niezdolność porywania wiecowych słuchaczy i niedostatek umiejętności retorycznych, przyznają mu sprawność w prowadzeniu polityki gabinetowej, kuluarowej, na zapleczu głównej sceny.

Reklama

Tymczasem Fareed Zakaria w książce analizującej kryzys demokracji liberalnej ("Przyszłość wolności. Nieliberalna demokracja w Stanach Zjednoczonych i na świecie") wskazuje jako jedną z jego przyczyn przeniesienie polityki demokratycznej z gabinetów i kuluarowych pomieszczeń demokratycznych instytucji na masowe wiece, gdzie nie liczą się kwalifikacje merytoryczne i umiejętności negocjacyjne, lecz sprawność w uprawianiu demagogii.

Odwołując się do przykładów amerykańskich, przypomina czasy gdy trudne kwestie i skomplikowane problemy były omawiane przez polityków obu głównych partii w jakimś gabinecie (na ogół mocno zadymionym - to inna cecha tamtych czasów), gdzie dochodziło do kompromisowych uzgodnień, które były następnie przedstawiane czekającym za drzwiami dziennikarzom, za pośrednictwem których trafiały do opinii publicznej. Wypracowywanie kompromisów było istotą ówczesnej polityki. W Polsce ten styl był związany z postaciami Tadeusza Mazowieckiego (łącznie z zadymionymi gabinetami) czy Jerzego Buzka.

Odkąd polityka przeniosła się na masowe wiece, przestało się liczyć mozolne wypracowywanie kompromisów i uzgadnianie decyzji, a zaczęło retoryczne poniżanie rywali i popisywanie wcześniej obmyślonymi bon motami. Mateusz Morawiecki oraz zastępy pisowskich "młodych wilczków", wygarniturowanych, wypomadowanych i profesjonalnie wystylizowanych demagogów, wylewających z siebie bez zmrużenia oka potoki bredni i bałamuctw, to mistrzowie tego modelu uprawiania polityki (skądinąd podziwiani przez wielu dziennikarzy dalekich od PiS). Na tym tle rzeczywiście Schetyna jest mało efektowny.

Ale nie tak znów nieefektywny. Zmontował koalicję na wybory europejskie, która zdobyła 38 proc. głosów. Nie dowiemy się nigdy czy wynik byłby dla opozycji lepszy, gdyby poszczególne partie poszły do tych wyborów osobno, ale rezultat Koalicji Europejskiej uznano za porażkę, choć z Biedroniową Wiosną opozycja uzyskała prawie 45 proc., czyli niemal tyle co PiS. Podobnie nie dowiemy się ile uzyskałby jeden, wspólny opozycyjny blok w wyborach sejmowych, tak samo jak nie możemy wiedzieć ile głosów dostałby PSL bez porozumienia z Kukizem.

Ale wynik wyborów do Senatu sugeruje, że mógłby on być zwycięski. Także zsumowanie głosów oddanych na trzy osobne koalicje (Obywatelską, lewicową, Polską) to ponad 48 proc., co sugeruje, że mógłby on wygrać. Lecz być może na taki wspólny blok padłoby mniej głosów niż w sumie na owe trzy, gdyż część wyborców nie chciałaby poprzeć sojuszu z partiami i list z kandydatami, których nie lubią (podobnie jak nie chcieli głosować na Kazimierza Ujazdowskiego do Senatu w Warszawie, popierając niezależnego kandydata, który przepadł, a Ujazdowski mandat uzyskał; skądinąd jeden z publicystów popierających owego antyujazdowskiego kandydata  rozpoczął swój wyborczy felieton słowami "PO dostała łomot" - ciekawe jak określi wynik swojego faworyta). W każdym razie to nie Schetyna jest winien, że taki wspólny blok opozycyjny nie powstał (odrzucił go Kosiniak-Kamysz), lecz jego zasługą jest stworzenie takowego do Senatu, który okazał się zwycięski.

Mimo wszystko Schetyna prawdopodobnie będzie musiał zrezygnować z formalnego przywództwa PO. Nie dlatego, że stojąc na czele partii przegrał któreś tam wybory (Kaczyński przegrywał siedem czy osiem po kolei), osobiście został pokonany przez pisowską konkurentkę we Wrocławiu (Kaczyński przegrał sromotnie z Kidawą-Błońską w Warszawie), czy że ma niski poziom społecznego zaufania (Kaczyński miał najniższy przez wiele lat, nawet gdy jego partia już rządziła). Przyprawiono mu jednak wizerunek - czyli "gębę", mówiąc po gombrowiczowsku - który trudno byłoby odmienić. A w dzisiejszej polityce wyborcy, niestety, częściej i bardziej kierują się wizerunkiem - przeważnie wykreowanym przez specjalistów od jego kształtowania - niż osobowością, charakterem czy kwalifikacjami polityków.

Optymalna rola Schetyny jest bodaj taka jak Kaczyńskiego - nieformalnego koordynatora, organizatora, animatora własnej partii. Faktyczny szef, ale nie publicznie występujący frontman, będący "twarzą" partii (a jeszcze lepiej jeśli PO-KO będzie mieć wiele różnych twarzy). Najlepiej gdyby Schetyna zrezygnował z ubiegania się o kolejną kadencję na stanowisku przewodniczącego PO, nie rezygnując z polityki i odgrywania w niej istotnej roli. Ale innej niż bohater pierwszego planu.  

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje