Reklama

Reklama

Konkurencja

Jeśli ktoś uważał, że przesadą jest porównywanie PiS do PZPR i forsowanej przez ekipę „dobrej zmiany” wizji państwa do PRL, to chyba po obwieszczeniu przez wiceministra tego rządu planów stworzenia państwowej sieci handlowej powinien się lepiej nad tym zastanowić.

A jeśli zna, choćby pobieżnie, historię zainicjowanej przez komunistów powojennej "bitwy o handel", czyli eliminacji prywatnego obrotu towarami i ustanowienia państwowej dominacji, a w praktyce monopolu w tym sektorze, to skojarzenia nasuwają się same. Przypominają działania Hilarego Minca, animatora pierwotnej wersji upaństwowienia polskiej gospodarki.

Reklama

Jeśli ktoś myśli, że taki pomysł nie może się obecnie udać, bo państwowa sieć handlowa przegra konkurencyjną walkę na trudnym rynku, to grzeszy naiwnością, wyobrażając sobie, że zostanie zachowany wolny rynek i swobodna konkurencja.

Częścią operacji zdominowania handlu przez państwową sieć będzie bowiem nękanie prywatnych rywali przez państwowe instytucje kontrolne. Wystarczy, że zostanie wydane stosowne polecenie, a opanowane przez pisowskich nominatów inspekcje ruszą do akcji. Pretekst do nękania i karania zawsze się znajdzie w systemie prawno-instytucjonalnym podporządkowanym interesom rządzącej partii i woli jej kierownictwa. Wystarczy, że ziemniaki sprzedawane w jakiejś sieci handlowej będą oznaczone "from Poland" zamiast "from Holland", a już można nałożyć karę idącą w miliardy (tak, tak!) złotych. Po kilku takich najazdach i nałożonych haraczach prywatni konkurenci albo zbankrutują, albo się wycofają.

Jeśli ktoś chciałby sobie wyobrazić jak wyglądałoby eliminowanie uczciwej konkurencji w handlu, może się przyjrzeć jak wygląda eliminowanie uczciwej konkurencji w wyborach prezydenckich.

Aparat partyjno-państwowy i propagandowy nęka rywali swojego przedstawiciela, a zwłaszcza tego najsilniejszego, i nie szczędzi wysiłków, aby na wszelkie sposoby utrudnić im aktywność. Gdy jego pupil jeździ po Polsce, agitując za swoją osobą i formacją, jego zwolennicy składają do prokuratury doniesienia na rywali odwiedzających inne miejsca niż te, w których mieszkają, bo to ponoć nielegalna kampania wyborcza.

Coraz bardziej prawdopodobne staje się unieważnienie wyborów, jeśli zwycięstwo w tej nierównej rywalizacji jednak osiągnie kto inny niż ów pupil. Prawo wyborcze zostało bowiem tak zagmatwane, że zawsze będzie można znaleźć pretekst do anulowania niekorzystnego wyniku, a obsadzony przez pisowskich nominatów Sąd Najwyższy ogłosi stosowny werdykt.

Zamiast pamiętnego "musimy anulować, bo przegramy" można się obawiać postanowienia "musimy anulować, bo przegraliśmy".

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje