Reklama

Reklama

Kto jest kim

Zasada, zgodnie z którą tożsamość i identyfikacja człowieka jest kwestią jego własnego wyboru i autonomicznej decyzji, ma głęboki sens oraz poważne uzasadnienie. Chodzi przede wszystkim o niedopuszczenie takich sytuacji jak w III Rzeszy, gdy Joseph Goebbels obwieszczał: "o tym, kto jest Żydem, decyduję ja!". W dzisiejszych polskich realiach ważne jest, aby nikt nie miał prawa decydować, komu wolno określać się mianem Polaka. Żydem, Polakiem, Ślązakiem czy warszawiakiem jest ten, kto za takiego się uważa.

Ale, jak niemal każda zasada, także i ta nie jest bezwzględna i bezwyjątkowa. Być może za anegdotę, a nie fakt kliniczny należy uznać stwierdzenie, że w każdym zakładzie psychiatrycznym jest co najmniej trzech Piłsudskich i dwóch Napoleonów, ale faktycznie niektórzy ludzie mają problemy ze swoją tożsamością i autoidentyfikacją. Dotyczy to także bardzo młodych, dopiero jej szukających i niemal codziennie zastanawiających się kim są, a także bardzo wiekowych, tracących ją w demencji i też niepotrafiących powiedzieć kim są.

Reklama

Niektórzy mogą ją traktować jako szczególnie ich wyróżniającą, przypisywać sobie jakąś wyjątkową lub dziwaczną. Jeśli zatem  ktoś twierdzi, że jest Asyryjczykiem, Wikingiem lub Marsjaninem, trzeba zachować rezerwę. Gdy blondwłosy człowiek o błękitnych oczach pokrytych dwufałdową powieką utrzymuje, że jest Japończykiem albo Eskimosem, mamy prawo oczekiwać wyjaśnień.

Starsi czytelnicy, zwłaszcza płci męskiej, mogą pamiętać książkę "I ty zostaniesz Indianinem". Po jej ukazaniu się polskie podwórka zapełniły się chłopakami utrzymującymi, że nazywają się Ryczący Bawół albo Bystry Sokół i należą do plemienia Czarnych Stóp czy Apaczów, ale to były tylko dziecięce zabawy, z których się (na ogół) wyrasta.

Jeszcze bardziej kontrowersyjna niż w przypadku tożsamości narodowej lub etnicznej, jest autoidentyfikacja religijna. Kościół katolicki utrzymuje wprawdzie, że każdy ochrzczony przez księdza jest katolikiem do końca życia (i nawet po nim), a islam grozi śmiercią odstępcom od jedynej prawdziwej wiary w Allaha, lecz w cywilizowanych państwach i społeczeństwach wyznanie uznawane jest za samodzielną decyzję człowieka. Jeśli więc ktoś deklaruje się jako buddysta, zielonoświątkowiec czy anabaptysta, to trzeba tę jego autoidentyfikację akceptować i szanować.

Lecz tożsamość wyznaniowa pozwala domagać się szczególnej ochrony tzw. uczuć religijnych. Pod tym względem w Polsce roszczeniowi są katolicy, ale można sobie wyobrazić wyznawcę islamu skarżącego się na obrazę jego uczuć religijnych przez publikację rysunków przedstawiających w karykaturalny sposób Mahometa, mormona oburzającego się na szyderstwa z Księgi Mormona czy buddystę obrażonego dowcipami o Buddzie. Ale może być gorzej: traktowanie przez muzułmanów jako obraźliwe dla nich publiczne (np. w restauracyjnym ogródku) pałaszowanie kotleta wieprzowego popijanego piwem, przez Świadków Jehowy serwowanie na publicznym pikniku grillowanej kaszanki, czy przez amiszów oferowanie im najnowszego modelu smartfona. A do tego istnieją wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti, którzy za bluźnierstwo mogą uznać doprawienie ich obrzędowej potrawy sosem curry albo rozgotowanie.

To są przykłady hipotetyczne czy nawet humorystyczne, ale wielu katolików nie ma zamiaru się śmiać, widząc Matkę Boską w tęczowej aureoli czy figurę Jezusa owiniętego tęczową flagą. Niektórzy z nich gotowi są do rękoczynów w obronie swoich rzekomo urażonych uczuć religijnych. A ludzie, także z chęci oryginalności i wyjątkowości, mogą sobie wymyślać rozmaite religie, wraz z rzekomo obraźliwymi dla nich słowami, gestami czy zachowaniami, których zakazu mogą się domagać.

Z tożsamością seksualną też jest problem, nawet niejeden. Ostatnio w różnych dyscyplinach sportów kobiecych pojawiają się osoby podające się za kobiety i łatwo wygrywające z wszystkimi rywalkami. Władze sportowe, pod wpływem protestów owych pozbawionych szans rywalek, usiłują jakoś kwestię kobiecości zobiektywizować, np. przy pomocy kryteriów chromosomalnych czy hormonalnych. Kontrowersje jednak nie ustają, zwłaszcza wokół cech fizjologicznych. Nazwisko Caster Semenya zna bodaj każdy cokolwiek interesujący się sportem.

Tzw. tożsamość niebinarna zderza się z powszechnym w budynkach publicznych podziałem toalet na męskie i damskie. Proponowane gdzieniegdzie rozwiązanie, by można było korzystać z toalet według własnej subiektywnej identyfikacji płciowej, to pole do rozmaitych nadużyć. Można sobie łatwo wyobrazić uczniów chętnie odwiedzających szkolne ubikacje dziewczęce nie z powodu odczuwania takiej lub żadnej tożsamości, lecz z ciekawości i podglądactwa, nękających niektórych w okresie dojrzewania. A wśród starszych, dla zaspokojenia swojej pożądliwości.

W szkołach różnych szczebli stosowany jest podział na chłopięce i dziewczęce, męskie i żeńskie grupy na zajęciach wychowania fizycznego. A z tym wiążą się osobne szatnie, przebieralnie, natryski. Podobnie w przypadku publicznych pływalni. Zaniechać tych podziałów, pozwolić każdemu korzystać z tych urządzeń według własnej deklaracji tożsamościowej, tworzyć osobne dla osób niebinarnych?

Ostatnio u nas pojawił się problem osadzenia tzw. osoby niebinarnej w areszcie - męskim lub żeńskim. Jedno i drugie budzi wątpliwości. A gdzie takie osoby miałyby odbywać karę więzienia, gdyby zostały na nią skazane? Zakłady karne też dzielą się na męskie i kobiece, a kwestie identyfikacji seksualnej są w nich wysoce drażliwe - ujmując to oględnie.

Pochopne i kontrowersyjne jest więc domaganie się bezwzględnego respektowania zasady, że tożsamość narodowa, etniczna, wyznaniowa czy seksualna jest kwestią subiektywnej deklaracji. W niektórych przypadkach rodzi to poważne (a w innych mniej poważne) problemy.

No i są jeszcze rozmaici artyści i performerzy, którzy przybierają sobie pseudonimy czy nazwy według własnej, nieskrępowanej fantazji. Zatem dla niezorientowanych: Alice Cooper, Marilyn Manson ani Greta van Fleet to nie są żeńskie wykonawczynie.   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje