Reklama

Reklama

Kwestia kobieca

Ileż to się nasłuchaliśmy i naczytali feministek nawołujących do zwiększenia udziału kobiet w polityce, której miały nadać nowych, bardziej ludzkich i sympatycznych cech. Bo była ona rzekomo zdegenerowana przez nabuzowanych testosteronem facetów, walczących bezwzględnie o pozycję samców alfa, przewodzących swoim wzajemnie wrogim i zwalczającym się stadom, czego wyborcy mieli dość. Lecz gdy wśród pretendentów do prezydentury pojawiła się kobieta z krainy łagodności, bynajmniej nie zyskała aplauzu i poparcia sióstr.

A tymczasem kobiety robią kariery w PiS, gdzie nikt nie ma wątpliwości, że rządzi samiec alfa i kto nim jest. Premier Beata Szydło, marszałek Elżbieta Witek, prezes Julia Przyłębska, a nawet pyskata Krystyna Pawłowicz i wiele innych. Można się założyć, że gdyby pisowski samiec alfa postanowił w wyborach prezydenckich wystawić kobietę, mizoginiczny elektorat tej partii zagłosowałby na nią bez większego szemrania. Ale profeministyczny ponoć elektorat antypisowski kobiety na prezydenta nie chce.

Reklama

W elektoracie zaś, zwłaszcza antypisowskim, większość stanowią kobiety. Gdyby zechciały, mogłyby wybrać jedną spośród siebie na najwyższe stanowisko w państwie. Jeśli tak nie czynią, to widocznie nie chcą tego, czyli kobiety na tym stanowisku.

Feministki spod znaku czarnych parasolek jeszcze niedawno napawały się rzekomą siłą i sprawczością kobiecych ruchów obywatelskich, które powstrzymały pisowskiego samca alfa przed zamachem na prawa kobiet. Tymczasem jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek do wprowadzenia w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Jakoś nie utrudnia to drogi do reelekcji prezydentowi, który już zapowiedział, że stosowną ustawę podpisze.

Przed zamknięciem kin wiele wskazywało, że frekwencyjny sukces odniesie film opowiadający - podobno - ekstatyczne przeżycia kobiety zniewolonej przez mafiosa i bardzo z tego zadowolonej. Zresztą podobny, zagraniczny, furorę już zrobił, także - czy zwłaszcza - wśród widowni kobiecej. Jedna z recenzentek załamywała ręce, że kilkadziesiąt lat zmagań o wyzwolenie i emancypację kobiet poszło na marne, bo film (nakręcony według powieści napisanej przez kobietę, oczywiście) przekonuje, że kobiety nie marzą bynajmniej o wyzwoleniu i emancypacji, lecz o zniewoleniu przez uwodzicielskiego i wyrafinowanego mężczyznę.

Feministki ponoszą porażkę nie tylko w kinie (chwilowo zamkniętym), lecz także w polityce. Oczywiście będą przekonywać, że kobiety nie chcą głosować na kobietę dlatego, że ta akurat nie jest feministką. Jednak nader wątpliwe, czy faktycznie zagłosowałyby na feministkę, bo nie tak dawno przeprowadzone badanie pokazało, że tylko kilka procent z nich utożsamia się z feminizmem.

Snucie paraleli między erotyką a polityką jest ryzykowne, choć częste. Gdyby autorki różnych 50 twarzy, 365 dni czy innych opowieści o zdobywczych mężczyznach oraz ulegających im partnerkach miały rację co do preferencji i oczekiwań kobiet, sporo by się wyjaśniało, także w polityce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne