Majcherek: Głupio i ryzykownie

Sugestia premiera Morawieckiego, że wielkość Polski można oprzeć na wielodzietności („duże rodziny są drogą do wielkiej Polski, do zrealizowania Polski naszych marzeń”), jest głupia i ryzykowna. Głupia, bo państwa o najwyższej dzietności to Niger, Mali, Burundi, Somalia, Uganda, Burkina Faso… Nie są to wzory wielkości, do których chcielibyśmy aspirować ani spełnienia marzeń jakie snujemy.

Jeszcze niedawno ten sam premier zapowiadał oparcie polskiej przyszłości na nowoczesnych technologiach, te zaś wymagają rozwoju wiedzy, czyli podniesienia poziomu edukacji, a ta jest - jak mawiają niektórzy demografowie - najskuteczniejszym środkiem antykoncepcyjnym; badania porównawcze pokazują, że im wyższe wykształcenie, tym mniejsza chęć płodzenia i rodzenia dużej liczby dzieci. Społeczeństwo wysoko wykształcone - a tylko takie ma szanse na wielkość - nie będzie więc społeczeństwem wielodzietnych rodzin. Można takie rodziny szanować, ale stawianie ich za wzór to nieodpowiedzialność.

Reklama

Wypowiedź premiera jest zaś ryzykowna dla niego samego i jego obozu politycznego, prowokuje bowiem uwagi, że jest on szefem rządu z woli bezdzietnego starego kawalera, nominację otrzymał z rąk ojca jedynaczki, jego własny ojciec ma - oględnie nazywając - nieuporządkowaną sytuację rodzinną, a najbardziej znaną ostatnio deklarację wielodzietności w jego macierzystym obozie politycznym złożył ponoć swojej kochance poseł mający jedną córkę, więc nie wiadomo czy zapowiadane przez niego sześcioro dzieci z niedoszłą nową kobietą jego życia to była realna propozycja czy przechwałka.

Poruszanie tematów dotyczących małżeństwa, rodziny, dzieci to dla polityków konserwatywno-katolickiej prawicy strategia podwyższonego ryzyka, bo złośliwcy zaraz zaczną im wypominać rozwody, pozamałżeńskie romanse, maltretowane i zdradzane żony, wizyty w agencjach towarzyskich, nieślubne dzieci, niepłacone alimenty i inne grzeszki świadczące o rozbieżności między świętoszkowatymi wypowiedziami i oficjalnymi dewocyjnymi występami, a paskudnymi występkami, do jakich dopuszczają się na boku lub w domowym zaciszu. I to właśnie ta rażąca często rozbieżność bogobojnych deklaracji z intymnymi relacjami sprowadza na nich uwagę, jak ostatnio w przypadku owego posła obiecującego pewnej obrotnej wielbicielce PiS nie tylko spłodzenie z nią sześciorga dzieci, ale też posadę w spółce skarbu państwa.

Politycy liberalnej, a tym bardziej lewicowej opozycji nie składają takich bogobojnych i wzniosłych deklaracji co do własnego życia rodzinnego, ani nie czynią zakusów co do regulacji cudzego, więc ich ewentualne uchybienia na tym polu nie są tak rażące. Ale choć były lider Nowoczesnej nie obiecywał swej nowej kobiecie niczego poza własnym (tylko on wie czy szczerym) uczuciem i nikogo nie pouczał co do życia rodzinnego, politycy i propagandyści "dobrej zmiany" grzali temat jego romansu na całego. Nie powinni się więc dziwić, że epatujący swoją dewocją poseł, podejrzewany o romans, jest rozliczany ze swoich słów i czynów. A premier i inni świętoszkowaci politycy obozu narodowo-katolickiego powinni się dobrze zastanowić zanim zechcą poruszyć temat własnego czy cudzego życia rodzinnego.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy