Reklama

Reklama

​Mobilizacja, nie depresja

Depresja to zapewne ciężka i przykra dolegliwość. Ludziom nią dotkniętym należy współczuć i okazać troskę, a tam gdzie się da - pomoc. Trzeba też być wyrozumiałym dla ich nastrojów i odczuć. Zmagania z nimi naznaczone są pewnie nie tylko cierpieniem, ale i rysem tragizmu, a może i rozpaczy. To jednak nie oznacza, że musi się akceptować przenoszenie ich do życia publicznego i zarażanie go nimi. A tak właśnie postąpił pewien depresyjny inteligent warszawski (chodzi o zjawisko, mniejsza o nazwisko), wylewając publicznie swoje nastroje.

"Jak większość polskich inteligentów intuicyjnie lubię Małgorzatę Kidawę-Błońską, ale ta sama intuicja mi mówi, że Kidawa-Błońska nie nadaje się do walki o prezydenturę. Nie jest człowiekiem walki. Jej łagodność ma błyszczeć na tle ich chamstwa. To by może wystarczyło w normalnych warunkach, ale Polska nie jest normalna. Na dodatek PO się ślimaczy, wszystko im się ślimaczy, kampania ich kandydatki również. Jeśli Kidawa wygra, czego nie wykluczam, będzie to tylko zwycięstwo naszej rozpaczy" - mówił. 

Reklama

Polskie życie publiczne dostarcza wielu powodów do przygnębienia, ale kandydatura Kidawy-Błońskiej jest jednym z najmniejszych. Od kilku lat zatruwają je przede wszystkim poczynania zakompleksionych frustratów owładniętych paranoją polityczną (polecam: Robert S. Robins, Jerrold M. Post "Paranoja polityczna. Psychologia nienawiści"). 

Osobowościowe i charakterologiczne zaburzenia tych osobników dają się dotkliwie odczuć w zakłóconej i zmąconej nimi atmosferze politycznej i w życiu społecznym. Przeciwstawianie się im jest coraz trudniejsze, więc bardziej desperackie i rozpaczliwe. Ale to nie oznacza, że rozpaczliwa jest kandydatura głównej reprezentantki opozycji w wyborach prezydenckich, mającej kilkakrotnie większe poparcie niż każdy z pozostałych. Można współczuć osobom uważającym, że oddanie na nią głosu to akt rozpaczy, ale nie można milionom jej zwolenników i wyborców tego imputować. Im potrzebna jest zachęta, a nie rozpacz; mobilizacja, a nie depresja. 

Zatrucie polskiego życia publicznego przez owładniętych obsesjami paranoików politycznych to nie powód, aby dokładać z drugiej strony depresyjnych nastrojów tragizmu. Malkontenctwo, marudzenie, jojczenie, zrzędzenie, mękolenie, smędzenie, użalanie warszawsko-krakowskich inteligentów to także stały czynnik kształtujący atmosferę życia publicznego w Polsce, bynajmniej nie wpływający na nią korzystnie, a wręcz przeciwnie. Nie tworzy przeciwwagi dla politycznych paranoików, lecz dopełnia destrukcji przez nich czynionej. 

Bojaźń i drżenie, lęk i trwoga, a także poczucie tragizmu to nastroje przytrafiające się bodaj każdemu wrażliwemu człowiekowi, bardziej wrażliwym zapewne często, ale to nie uzasadnia przenoszenia ich do sfery publicznej. Życie w społeczeństwie owładniętym depresyjną atmosferą poczucia tragizmu jest trudne i dolegliwe dla wszystkich, także tych, którzy znają je z autopsji i życia osobistego. Prezydentura Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na pewno nie byłaby tragiczna w żadnym sensie tego słowa, a z całą pewnością nie byłaby błazeńską tragifarsą, jak obecna.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje