Reklama

Reklama

Niemieckie winy, rosyjskie kłamstwa, polskie kompleksy

Polskie oficjalne interpretacje historyczne są traktowane z podejrzliwością, a ich głosiciele z nieufnością. To także dlatego nie będzie miejsca na polskie wystąpienie podczas konferencji w Yad Vashem, gdzie głos zabierze prezydent Niemiec.

W 2006 r. ówczesny papież Benedykt XVI odwiedził Auschwitz, gdzie wygłosił dość pokrętne przemówienie, w którym przedstawił się jako "syn tego narodu, nad którym grupa zbrodniarzy zdobyła władzę przez zwodnicze obietnice wielkości, przywrócenia honoru i znaczenia narodowi, roztaczając perspektywy dobrobytu, ale też stosując terror i zastraszenie, by posłużyć się narodem jako narzędziem swojej żądzy zniszczenia i panowania". Zatem zwierzchnik Kościoła katolickiego, będący akurat Niemcem, zaproponował uwikłaną w teologiczne spekulacje interpretację Holokaustu, pomniejszającą i relatywizującą odpowiedzialność narodu niemieckiego jako oszukanego i sterroryzowanego przez reżim nazistowski, który wykorzystał go jako swoje narzędzie. Czy społeczeństwo niemieckie przyjęło taką propozycję z radością? Bynajmniej. W niemieckich opiniotwórczych mediach ukazały się krytyczne wobec niemieckiego papieża komentarze, zarzucające mu próby usprawiedliwiania Niemców w anachronicznym tużpowojennym stylu, powołującym się na rozkazy i przymus, a pomijającym masową akceptację dla nazistowskiego reżimu. Wymowa tych komentarzy była jasna: niemiecka wina jest niekwestionowalna, niepomniejszalna i nierelatywizowalna, a przedstawianie niemieckiego narodu jako ofiary ideologicznej manipulacji i propagandowych oszustw to zafałszowywanie historii.

Reklama

Przed wizytą w Niemczech w 2015 r. premier Netanjahu w jednym z wywiadów stwierdził, że Hitler nie planował wymordować Żydów, lecz pomysł ten podsunął mu wielki mufti Jerozolimy. Przed Niemcami otworzyła się znowu perspektywa pomniejszenia swojej winy za Zagładę i przynajmniej podzielenia się nią z innymi, podsunięta im na dodatek przez premiera państwa żydowskiego. Czy z niej skorzystali? Bynajmniej. Rzecznik rządu niemieckiego oświadczył: "W imieniu rządu federalnego mogę powiedzieć, że Niemcy bardzo dokładnie znają całą historię powstania morderczego obłędu rasowego narodowych socjalistów, który doprowadził do zapaści cywilizacyjnej, jaką był Szoah. Nie widzę żadnego powodu, by zmieniać w jakikolwiek sposób nasz obraz historii. Znamy swoją własną odpowiedzialność za tę zbrodnię przeciwko ludzkości".

To tylko dwa spektakularne spośród licznych przykładów pokazujących szczerość i uczciwość niemieckich rozliczeń z własną przeszłością czasów Holokaustu. Większość z nich odrzuca nawet podsuwane im przez innych pomysły na pomniejszenie winy własnego narodu. To zbudowało szacunek, który pozwala przedstawicielom Niemiec być zapraszanymi i występować w uroczystościach, konferencjach i obchodach upamiętniających zbrodnie przez ich przodków dokonane.

Udział Polaków w mordowaniu Żydów podczas II wojny światowej był nieporównanie mniejszy, ale stosunek do tych wydarzeń jest w dzisiejszej Polsce diametralnie inny. Usiłuje się na wszelkie sposoby zaprzeczać udokumentowanym faktom, pomniejszać odpowiedzialność polskich sprawców, przerzucać winę na innych, czepiać się każdej okoliczności mogącej zrelatywizować zbrodnie.

Próby narzucenia ustawowego zakazu przypisywania Polakom udziału w Zagładzie były żałosnym świadectwem dążeń do wyparcia i wymazania ciemnych stron własnej przeszłości. Polskie władze i ogromna część mediów usiłują, wbrew odkryciom i ustaleniom niezależnych polskich historyków, narzucać i upowszechniać wizję polskiej historii jako pasma niezawinionych cierpień, w którym nie ma miejsca na bezeceństwa i niegodziwości wobec innych.

Czy w ten sposób zyskaliśmy gdziekolwiek i u kogokolwiek szacunek? Bynajmniej. Polskie oficjalne interpretacje historyczne są traktowane z podejrzliwością, a ich głosiciele z nieufnością. To także dlatego nie będzie miejsca na polskie wystąpienie podczas konferencji w Yad Vashem, gdzie głos zabierze prezydent Niemiec. Nikt bowiem nie wątpi, że będzie to głos uczciwy i odzwierciedlający historyczną prawdę, wolny od prób relatywizowania czy pomniejszania niemieckich win. Polski prezydent nie daje takiej gwarancji co do prezentacji polskiej historii.

A dlaczego prawo głosu w Yad Vashem otrzymał Putin? No cóż, faktem niewygodnym, lecz niezaprzeczalnym pozostaje, że zarówno Auschwitz, jak inne obozy hitlerowskie na terenie Polski wyzwoliła Armia Czerwona, a Rosja uważa się i jest uważana za spadkobiercę Związku Sowieckiego. Można było te jednak niewygodne parantele Rosji z ZSRS i Putina ze Stalinem rozegrać na korzyść Polski, ale to wymagałoby subtelności i operatywności dyplomatycznej oraz retorycznej, która jest dla obecnej polskiej ekipy rządzącej nieosiągalna. Dlatego głosu Polski w Jerozolimie nie będzie, a Putin dostanie miejsce i czas na wygłaszanie swoich kłamstw. Pozostaje nadzieja, że prezydent Niemiec im zaprzeczy. Tak, musimy liczyć, że Niemcy, biorąc na siebie współodpowiedzialność za pakt Ribbentrop-Mołotow i wskazując Związek Sowiecki jako drugiego współuczestnika tej haniebnej zmowy, będą bronić Polski i Polaków przed fałszywymi oskarżeniami o wywołanie II wojny światowej. Bo Niemcom w sprawach historycznych bardziej się dziś ufa niż Polakom. Zasłużenie, w obu przypadkach.

Janusz Majcherek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje