Reklama

Reklama

Nihil novi. Polskie problemy z tolerancją

Pod koniec lat 60. w polskich miastach, a na początku 70. także w polskich wsiach pojawili się istni cudacy: faceci z długimi włosami, niekiedy przewiązanymi opaskami, ubrani w kolorowe fatałaszki, obwieszeni dziwaczną biżuterią własnej roboty. Nie wiadomo było czy to chłopaki, czy dziewczyny, wytykano ich palcami i patrzono jak na wariatów lub dewiantów, po wsiach niekiedy szczuto psami i obrzucano kamieniami.

Długowłosa i kolorowa moda męska upowszechniła się wszakże dość szybko, choć u uczniów została zaakceptowana dopiero po kilku latach, w trakcie których regulaminy szkolne wciąż nakazywały chłopcom krótkie (oficjalnie: schludne) fryzury i ci z włosami zachodzącymi na uszy lub kołnierz często nie byli wpuszczani na lekcje. Ale w niektórych krajach komunistycznych (np. Bułgarii, nie mówiąc o Związku Sowieckim) bywało ostrzej, bo noszenia długich włosów zabraniały mężczyznom przepisy prawa albo po prostu milicja długowłosych na wszelki wypadek pałowała i pakowała do aresztów, żeby im wybić z niestrzyżonych głów niemęski styl. Obecnie takie zasady męskiego wyglądu, narzucone i strzeżone przez islamskich fundamentalistów, panują w Iranie, a przez komunistycznych zamordystów w Korei Północnej.  

Reklama

Wśród pierwszych polskich długowłosych cudaków, obwieszonych kolorowymi ciuchami i ozdobami, był niejaki "Pies", czyli Ryszard Terlecki. On wszakże, wzorem niektórych hippiesów, nie tylko nie strzygł włosów, ale także nie golił zarostu, zatem - przynajmniej en face - nie mógł być pomylony z dziewczyną. Ale generalnie panował barwny i swobodny styl zwany unisex (uwaga dla Krystyny Pawłowicz i Zofii Klepackiej: słowo "sex" po angielsku oznacza po prostu płeć), upodabniający chłopców i dziewczyny, mężczyzn i kobiety. 

50 lat później w polskich miastach i zwłaszcza wsiach znowu słychać pomstowanie na kolorowych "homo niewiadomo", "pedałów", "cioty" i inne LGBT czy jakieś gendery, wylegające na ulice w corocznych pochodach, a i na co dzień obnoszące się ze swoimi nieokreślonymi lub dziwacznymi seksualnymi tożsamościami. Ponownie rozlegają się nawoływania aby nieokreślonych seksualnie cudaków nie wpuszczać do szkół, po wsiach bywają zaszczuwani i przepędzani, z ambon wyklinani, a z sejmowej mównicy obrażani. Przeciw nim zwracają się jednak nie tylko zdewociali wiejscy staruszkowie, ale także - czy może zwłaszcza - młodzi, wielkomiejscy, muskularni faceci z wygolonymi lub krótko przystrzyżonymi włosami, skłonni do okazywania fizycznej (wyćwiczonej na siłowni) przewagi "prawdziwych mężczyzn" nad zniewieściałymi cudakami. 

Problemy z tolerancją wobec osób o niekonwencjonalnym stylu życia, ubiorze czy tożsamości płciowej nie są bynajmniej typowo polskie, wschodnioeuropejskie czy postkomunistyczne. Niedawno w pewnym materiale biograficznym o zmarłym Dawidzie Bowie przypomniano, że w latach 60. był on aktywistą organizacji walczącej z dyskryminacją długowłosych w Wielkiej Brytanii (Stowarzyszenia na rzecz Przeciwdziałania Okrucieństwu Wobec Długowłosych Mężczyzn). Niekiedy przypomina się, że tamże homoseksualizm był ścigany i karany (na podstawie Sodomy Law) jeszcze w latach 70., a w Irlandii Północnej nawet 80. (w Polsce zdepenalizowano go jeszcze przed wojną). Ale dziś, przy udziale brytyjskich konserwatystów, którzy zalegalizowali małżeństwa gejów i lesbijek, tamtejsze społeczeństwo i państwo stało się znacznie bardziej wyrozumiałe dla ludzi o nietypowej, niestandardowej, nienormatywnej tożsamości, także seksualnej. U nas zaś owe standardy wyznaczają krótko ostrzyżone osiłki w koszulkach z żołnierzami wyklętymi, wspierane przez księży i polityków rządzącej partii. Można wszakże mieć nadzieję, że podobnie jak długowłosi prawie 50 lat temu, osoby o nieznormatywizowanej lub zdywersyfikowanej tożsamości zostaną zaakceptowane. 

I nie chodzi tylko o dobre samopoczucie osób LGBT. Jak wskazuje Richard Florida w książce "Narodziny klasy kreatywnej", obecna Dolina Krzemowa, z jej charakterystyczną "luzacką", niekonwencjonalną kulturą korporacyjną, jest efektem i wytworem przemian obyczajowych i mentalnych zapoczątkowanych kontrkulturową rewoltą hippiesowską, której centrum znajdowało się w sąsiednim San Francisco. O początkach Doliny Krzemowej Florida pisze: "było to miejsce otwarte, wspomagające ludzi kreatywnych, odmiennych czy też po prostu dziwacznych. Dolina Krzemowa potrafiła zintegrować jednostki ekscentryczne, niekonwencjonalne, spoza mainstreamu. Ludzi tych nie odrzucano, nie dyskryminowano, nie poddawano ostracyzmowi." I dodaje: "w zasadzie ten sam schemat powtarza się w prawie każdym regionie, którego rozwój oparty był na wysokich technologiach. Zanim regiony te stały się centrami rozwoju technologicznego, w miejscach tych kreatywność i ekscentryczność były nie tylko akceptowane, ale też wyraźnie aprobowane". Powinni to wziąć pod uwagę przedstawiciele i wielbiciele obecnej ekipy rządzącej, której premier coś kiedyś bajdurzył o Polsce jako "europejskiej dolinie krzemowej". Obecnie pod względem innowacyjności zajmujemy w Europie czwarte miejsce... od końca. Krótko ostrzyżone, muskularne osiłki w koszulkach z żołnierzami wyklętymi, ani wiejskie dewotki na pewno nie stworzą doliny krzemowej, ani żadnego kreatywnego przemysłu, miejsca pracy czy stylu życia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje