Reklama

Reklama

Pomnikoza

Niszczenie, obalanie i usuwanie pomników, jakie ma obecnie miejsce w krajach anglosaskich oraz niektórych dawnych metropoliach kolonialnych, nie powinno Polaków dziwić ani bulwersować. Masowego, a niekiedy gwałtownego demontażu pomników dokonywano w Polsce wielokrotnie w ciągu minionego stulecia. Obecnym problemem w naszym kraju jest raczej stawianie przemocą i pod presją monumentów równie kontrowersyjnych pod względem ideowym, jak estetycznym.

Pierwsza fala usuwania z przestrzeni publicznej upamiętnień z wcześniejszej epoki przelała się po odzyskaniu niepodległości, choć zapoczątkowana została już w trakcie I wojny światowej. Usuwano wówczas ślady po zaborcach, triumfalistyczne manifestacje ich panowania, wyrażane w spiżu i granicie. Dumne posągi Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów oraz rozmaitych funkcjonariuszy i popleczników ich monarchii spadały z postumentów równie gwałtownie jak upadały ich dynastyczne imperia.

Reklama

Druga fala pomnikowego ikonoklazmu nastąpiła po kolejnej wojnie, gdy dochodzący do władzy komuniści niszczyli upamiętnienia sanacyjne, a na tzw. ziemiach odzyskanych hitlerowskie i poniemieckie.

Trzeci etap usuwania pomników miał dyskretny przebieg po 1956 r., gdy chyłkiem eliminowano z przestrzeni publicznej świadectwa kultu Stalina i panowania socrealizmu. Film "Człowiek z marmuru" pokazywał magazyny pełne kamiennych postaci stalinowskich dygnitarzy i przodowników pracy pozdejmowanych z cokołów.

Czwarty okres pomnikopadu nastał po 1989 r., kiedy obalano i usuwano monumenty stawiane w okresie PRL komunistycznym idolom. Najbardziej spektakularne, do dziś przypominane w rocznice antykomunistycznego przełomu, miały miejsce w Warszawie, gdzie z placu Bankowego usunięto posąg Dzierżyńskiego oraz w Nowej Hucie, skąd z Alei Róż zniknęła sylwetka Lenina.

Cokoły po usuwanych pomnikach niekiedy nie pozostawały puste, bo nowi władcy stawiali na nich postaci własnych idoli. Często dokonywali tego wbrew mieszkańcom, więc na kolejnym historycznym zakręcie owe niechciane upamiętnienia ulegały przewróceniu. Powinni to brać pod uwagę ci, którzy obecnie przemocą, gwałtem i podstępem zabudowują place, skwery i ulice polskich miast i miasteczek upamiętnieniami swoich idoli oraz wydarzeń znaczących dla ich ideologii lub mitologii. Są one nie tylko wyrazem symbolicznej przemocy i formą narzucania własnej wizji historii, państwa czy rodzimej kultury, lecz także na ogół zawstydzającego bezguścia. Pod tym względem upamiętnienia Lecha Kaczyńskiego rywalizują z pomnikami Jana Pawła II.

Ale presja na zapaskudzanie przestrzeni publicznej rozmaitymi upamiętnieniami nie ustaje. W odlewni w Gliwicach spoczywa już od lat szkarada mająca uczcić ofiary rzezi wołyńskiej, tak odpychająca, że już w kilku miastach odmówiono jej ustawienia, mimo usilnego wciskania przez inicjatorów. Trwają żądania upamiętnienia "żołnierzy wyklętych", wśród których byli ewidentni bandyci, a nawet ludobójcy. Coraz to odzywają się jakieś grupki kombatantów, weteranów (a raczej ich samozwańczych reprezentantów), ofiar (a raczej za takich się uważających) lub wielbicieli jakichś postaci czy fanatyków jakiejś idei, domagając się ich uczczenia w przestrzeni publicznej. Rzadko udaje się ich powstrzymać.

Dzisiaj może się wydawać nieprawdopodobne, by kiedyś z polskich miast i miasteczek miały zniknąć pomniki Jana Pawła II czy Lecha Kaczyńskiego. Ale wszyscy stawiacze pomników są przekonani, że w spiżu, granicie i betonie utrwalają na wieki kult bliskich sobie postaci i idei. Historia pomników ma często finał w postaci widowiskowych upadków.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne