Reklama

Reklama

Trzydziestka

4 czerwca to jedna z najważniejszych dat w historii Polski. Całej polskiej historii, nie tylko tej najnowszej czy nowożytnej. W 1989 r. tego dnia nastąpił moment historyczny, dziejowy punkt zwrotny sygnalizujący, że powrót do komunizmu już nie będzie możliwy. W tym sensie Joanna Szczepkowska miała rację, obwieszczając w telewizji, że 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm.

Co nie mniej ważne: było to wydarzenie inicjujące uwalnianie się od komunizmu całego regionu, tej części Europy zawładniętej po II wojnie światowej przez Związek Sowiecki. Polacy byli pod tym względem prekursorami, 4 czerwca 1989 r. komunistyczne reżimy wciąż trwały we wszystkich pozostałych państwach sowieckiego bloku i dopiero później stopniowo upadały lub odchodziły. Zwycięstwo "Solidarności" okazało się bezprzykładne i niebywałe. Było to jedno z tych niewielu wydarzeń rozgrywających się w Polsce, które wpłynęły na losy świata. A co najważniejsze: będące dokonaniem samych Polaków i zmieniające świat na lepszy. W przeciwieństwie do tych hucznie celebrowanych, jak uchwalenie konstytucji 3 maja, odzyskanie niepodległości w 1918 r., wybuch II wojny światowej 1 września 1939, czy Powstanie Warszawskie 1944, które były albo tragiczne, albo tylko lokalne, albo tragiczne i lokalne jednocześnie (jak to ostatnie).

Reklama

Sam charakter tego wydarzenia nadawał mu symbolicznej wymowy, bo było to głosowanie powszechne, a więc akt stricte demokratyczny. Odejście od komunizmu nie zostało zadekretowane czy obwieszczone, lecz wyrażone wolą obywateli. Chociaż uwagę chłodnych obserwatorów mogła zwrócić absencja ponad 1/3 uprawnionych do udziału w wyborach. Dla takiej rzeszy Polaków wydawało się być obojętnym czy komunizm będzie nadal trwał, czy odejdzie zastąpiony demokracją.

Ale uwagę świata zaprzątnęły i troskę wywołały inne wydarzenia rozgrywające się tego samego dnia - krwawa rozprawa z chińskimi manifestantami w Pekinie. Trudno o bardziej wymowną symbolikę niż w przypadku zestawienia tych dwóch metod postępowania komunistycznych reżimów: w Polsce przeprowadzili wybory prowadzące do pozbawienia ich władzy, w Chinach użyli brutalnej siły, aby władzę utrzymać i umocnić.

Lecz, paradoksalnie, w obu przypadkach wydarzenia 4 czerwca zapoczątkowały głębokie reformy, w Chinach wszakże ograniczone wyłącznie do sfery ekonomicznej. Przeprowadzane bez konieczności liczenia się z polityczną kontrolą ze strony społeczeństwa, były tam o wiele brutalniejsze i ustanowiły model kapitalizmu bezwzględnego, bo ignorującego prawa człowieka czy partycypację obywatelską. O dziwo, w wielu miejscach świata, w tym nieodległych od Polski, ten chiński model, łączący autorytarny reżim komunistyczny z agresywnym kapitalizmem, budzi uznanie, a nawet chęć naśladownictwa.

Polskie reformy, łączące przekształcenia gospodarcze z politycznymi, wolnorynkowe z demokratycznymi, liberalne we wszystkich dziedzinach, przyniosły efekt nie tak spektakularny pod względem wskaźników makroekonomicznych jak chiński, ale przecież niezaprzeczalnie pozytywny. W ciągu 30 lat poziom rozwoju gospodarczego podwoił się, rosnąc szybciej niż w innych krajach postkomunistycznych. Skąd więc tyle niezadowolenia? Wyjaśnia to mechanizm zwany przez różnych teoretyków przystosowaniem adaptacyjnym, kołowrotkiem adaptacyjnym, kołowrotkiem hedonistycznym, kołowrotkiem satysfakcji, a prościej ujmowany w powiedzonku, że do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja, więc oczekuje więcej. "Hedonistyczny kołowrotek czy kołowrotek satysfakcji [...] w znacznym stopniu wyjaśniają, jak rzeczywiste dochody mogą wzrosnąć dwukrotnie (w Stanach Zjednoczonych) czy pięciokrotnie (w Japonii) bez większego wpływu na subiektywne dobre samopoczucie członków społeczeństwa" - stwierdza Barry Schwartz w książce "Paradoks wyboru. Dlaczego więcej znaczy mniej", w której wyjaśnia, dlaczego mając coraz więcej do wyboru ludzie czują się coraz bardziej sfrustrowani. Jak widać, mechanizm łatwego przyzwyczajania się do wyższego poziomu dochodów i standardu życia, bez wzrostu satysfakcji i zadowolenia, a nawet przy narastającym rozczarowaniu i rozdrażnieniu, działa nie tylko w polskim społeczeństwie.

Oczywiście, zastępy miłośników historii alternatywnej mogą snuć swoje jałowe dywagacje o innych możliwościach rozwoju sytuacji niż ten zapoczątkowany czy przypieczętowany wynikiem wyborów 4 czerwca 1989 r. W telewizji narodowej być może pojawi się dzisiaj ruchomy pasek ze sloganem "4 czerwca - symbol zdrady elit", jak w ubiegłym roku. Malkontenci niech pokażą inny kraj postkomunistyczny, który osiągnął w minionych 30 latach więcej przy mniejszym wysiłku. A to, co z tym dorobkiem robimy obecnie, to zupełnie inna sprawa.     

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje