​Ubywa sprzymierzeńców

Wbrew powszechnemu i naiwnemu wyobrażeniu, dzieci pozbawione rodziców i czekające na rodziny zastępcze w przeważającej większości nie są sierotami biologicznymi, lecz społecznymi. Nie pochodzą na ogół z harmonijnych i kochających się rodzin, w których zdarzyło się nieszczęście (śmierć rodziców w wypadku czy w wyniku nieuleczalnej choroby), lecz od matek, które ich nie chciały i wyrzekły się zaraz po narodzeniu (co skądinąd jest zalecane jako alternatywa aborcji) lub z patologicznych (choć heteroseksualnych) związków, w których przebywanie groziłoby im demoralizacją.

Trafienie na wychowanie do wysokostatusowej pary byłoby dla wielu takich dzieci szansą rozwojową, związaną przeważnie z wysokim komfortem życia. A tak się składa, że pary homoseksualne to związki o ponadprzeciętnym statusie majątkowym i kulturowym. Dlaczego tak się dzieje, to inna sprawa - być może w aktualnych warunkach społecznych jedynie wielkomiejscy i bogaci homoseksualiści mogą sobie pozwolić na ujawnienie swojej orientacji, lecz tak czy owak oferowaliby oni adoptowanym dzieciom lepsze warunki życia i wszechstronnego rozwoju niż tradycyjna wiejska rodzina z głuchej prowincji, będąca ideałem aktualnie rządzących. Na dodatek badania wskazują, że skłonności homoseksualne częściej występują u kobiet, więc zapewne większość nieheteroseksualnych par adoptujących dzieci to byłyby związki kobiece, które bodaj nie gorszą zwolenników "dobrej zmiany" tak jak męskie, na punkcie których mają widoczną obsesję.

Reklama

Szkopuł w tym, że powody homoseksualnych skłonności nie są do końca znane, więc nie można wykluczyć wpływu czynników społeczno-kulturowych, oddziaływujących w trakcie wychowania i dorastania. Lecz ponieważ jawnie obecnie funkcjonujący homoseksualiści wychowali się i dorastali w rodzinach heteroseksualnych i często bardzo tradycyjnych, więc owe ewentualne czynniki społeczno-kulturowe nie muszą polegać na naśladownictwie wzoru realizowanego przez (biologicznych lub adopcyjnych) rodziców. Zwłaszcza gdyby para gejów wychowywała dziewczynki, a para lesbijek chłopców.

Oczywiście, związki homoseksualne też mogą mieć charakter patologiczny i tworzyć środowisko antywychowawcze. O ile wielu rówieśników może zazdrościć chłopcom, którymi opiekuje się Elton John ze swoim partnerem (skądinąd tym samym od 25 lat), o tyle bodaj nikt nie chciałby powierzyć dzieci pod opiekę George’owi Michaelowi, związanemu (za życia) z aktorem gejowskich filmów pornograficznych. Ale w przypadku par heteroseksualnych, zabiegających o adopcję dzieci, przeprowadza się staranną weryfikację i chyba nikt nie sugeruje by jej zaniechać w przypadku ewentualnego dopuszczenia adopcji przez pary homoseksualne.

Nikt także nie może twierdzić, że każda para heteroseksualna tworzy właściwe środowisko wychowawcze - sieroty społeczne pochodzą wszak na ogół z takich związków. Dlaczego więc mielibyśmy się upierać, że każda para homoseksualna stwarza gorsze warunki rozwoju adoptowanych dzieci niż jakakolwiek heteroseksualna?

W ubiegłotygodniowym komentarzu zestawiłem homofobiczne wypowiedzi Kaczyńskiego z informacją o urodzeniu dziecka przez partnerkę serbskiej pani premier. Nowe ataki prezesa zbiegły się w czasie ze zwycięstwem w wyborach prezydenckich na Słowacji kandydatki akceptującej adopcję dzieci przez pary homoseksualne. Niedługo Kaczyńskiemu w homofobicznej krucjacie pozostanie już tylko jeden niezawodny sprzymierzeniec - Putin. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy