Reklama

Reklama

Wyniki i trendy

Wśród komentatorów i analityków, a także profesjonalnych badaczy trwa od dłuższego czasu spór o źródła sondażowych i wyborczych sukcesów PiS: czy są nimi rozrzutne transfery socjalne, czy tradycjonalistyczne stanowisko światopoglądowe. Czy obóz "dobrej zmiany" po prostu przekupuje wyborców, czy pozyskuje ich sympatię twardą obroną wiary i Kościoła przed naporem LGBT i genderyzmu.

Do tej kontrowersyjnej kwestii odniósł się też mój wczorajszy poprzednik z działu "Opinie". Obie interpretacje nie wykluczają się jednak. Można być wdzięcznym i za jedno, i za drugie - za hojne dary i obronę wiary.

Reklama

Tak z pewnością jest wśród elektoratu wiejskiego. PiS polską wieś podkupił i oczarował. Dokonał tego dzięki konsekwentnemu wypychaniu panującego tam niegdyś PSL. Pogłębiło to występujący już od kilku lat z coraz większym nasileniem podział elektoratu na wiejski i miejski, które za czasów koalicji PO/PSL uzupełniały się. W miastach PiS wciąż wyraźnie przegrywa. Bodaj najbardziej spektakularnym tego przejawem i przykładem jest wynik w Małopolsce, stającej się drugim obok Podkarpacia bastionem rządzącej partii, która jednak w Krakowie przegrała dość wyraźnie (36:44%). Podobnie jest z Warszawą i Mazowszem. Wsie i miasta rozmijają się coraz bardziej, a to wskazywałoby na rozbieżność światopoglądową i kulturową, dzielącą polskie społeczeństwo.

A przy tym kolejny raz okazało się, że wybory w Polsce wygrywa się na wsi. To dość zaskakujące, bo pomimo jednego z najwyższych w Europie odsetka ludności wiejskiej, większość Polaków jednak mieszka w miastach. Ponadto wydawało się, że także wieś polska - a może zwłaszcza ona - przechodzi przemiany kulturowe i obyczajowe, otwierające ją na nowoczesne, liberalne trendy. Wygląda na to, że jednak nie. W kontekście wyborów europejskich można to sformułować następująco: polskie miasta się europeizują, polska wieś zaściankowieje. Mamy najwyraźniej do czynienia ze zjawiskiem podobnym do występującego w innych zacofanych mentalnie i światopoglądowo społeczeństwach o silnych wpływach dominującej religii: ochocze przyswajanie innowacji technologicznych i cywilizacyjnych, ale opór przeciw nowinkom obyczajowym i światopoglądowym. Lewica chyba jednak się myli, perswadując, że społeczeństwo jest bardziej otwarte i postępowe (progresywne - jak się to teraz mówi) niż reprezentujący je politycy i grzmiąc na tych ostatnich za ich rzekomą anachroniczność. Brak poparcia wyborczego dla tejże lewicy poza dużymi miastami sugeruje, że nietrafnie ocenia ona polskie społeczeństwo i podsuwa nieadekwatne wnioski politykom.

Dowodzić tego zdaje się także słabiutki wynik biedroniowej Wiosny, która szczególnie eksponowała "progresywne" hasła i postulaty. Nie przyczyniły jej one zwolenników, a już zwłaszcza poza dużymi miastami. Być może wyborcy gotowi byliby - jak sugerują badania - zaakceptować związki partnerskie czy świeckość państwa, ale najwyraźniej nie te kwestie uważają za pierwszoplanowe. A przynajmniej w wyborach europejskich.

Pogląd o prymacie kwestii materialno-bytowych ("byt kształtuje świadomość") ma proweniencję marksistowską, a więc jest podejrzany. Znacznie bardziej przekonująco prezentuje się nawiązująca do Maxa Webera teoria, że to mentalność - kształtowana w głównym zakresie przez religię - określa ludzkie poczynania. Wygląda na to, że mentalność polskiej prowincji, kształtowana przez proboszczów, ma newralgiczny wpływ na postawy większości Polaków, a przynajmniej tych wiejskich. Dali temu wyraz w wyborach.

Te były jednak także europejskie i zasygnalizowały ciekawe trendy w Europie, zasługujące na omówienie. Na tym jednak znają się lepiej inni, więc niech oni się wypowiedzą. Zauważyć jednak można wzrost poparcia Europejczyków dla partii liberalnych oraz zielonych. Czyli przeciwnie niż w Polsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje