A więc wojna

Najważniejsze w tej sprawie nie jest "co", ale "jak". Rząd Izraela - nikt nie próbował nawet temu zaprzeczyć - był od samego początku prac nad nowelizacją ustawy o IPN informowany o niej. Pani ambasador Azari, ta sama, która gwałtownie zaatakowała Polskę podczas uroczystości rocznicowych w Auschwitz, osobiście i więcej niż raz rozmawiała o przygotowywanym polskim prawie antydefamacyjnym z ministrem Jakim, przedstawiała mu punkt widzenia swego rządu i jej uwagi zostały uwzględnione. Naprawdę, Polska zrobiła wszystko co można, aby "uszanować żydowską pamięć i wrażliwość". I nikt przy zdrowych zmysłach nie może nam czynić zarzutu, że jest w tym szacunku "non possumus", czyli niezgoda na wpisanie do tej pamięci, co od lat starają się robić skrajni żydowscy szowiniści, Polaków w roli sprzymierzeńców i sojuszników Hitlera.

Te spotkania i konsultacje miały miejsce prawie rok temu - później już żadnych sygnałów ze strony Izraela nie było. Czujność Polaków została w ten sposób skutecznie uśpiona. Owszem, spodziewano się obiekcji Niemiec, Ukrainy, i na to polskie władze były przygotowane. Ale na to, co się stało - w najmniejszym stopniu.

Reklama

Nie dziwi więc szok, niedowierzanie i dezorientacja po stronie polskiej, gdy nagle pani Azari wykorzystała skupienie uwagi wszystkich światowych mediów na Auschwitz, by w ostrych słowach oskarżyć Polskę o współodpowiedzialność za holocaust i potępić próby "zrzucania z siebie" tej odpowiedzialności za pomocą ustawy (nota bene, skopiowanej z prawa izraelskiego). A jednocześnie rozpętano w izraelskim parlamencie i mediach falę nienawiści wobec Polski i uruchomiono najbardziej szowinistyczne żywioły, z całym zestawem kłamliwych, propagandowych stereotypów o naszej historii i współczesności.

Cokolwiek chciał rząd Izraela w ten sposób osiągnąć, jedno jest oczywiste - na pewno nie chodziło mu to, aby polska ustawa coś zawierała albo czegoś nie zawierała, bo to swobodnie mógł osiągnąć wcześniej. Tak demonstracyjny i ostry atak na Polskę w takim miejscu i czasie mógł dać tylko jeden efekt. Ten, który dał: ustawa musiała zostać "przeprocedowana" szybko i bez żadnych zmian. Inaczej pokazalibyśmy całemu światu, że nie jesteśmy państwem suwerennym, tylko obcym protektoratem i kolonią. Po prostu nie mieliśmy innego wyjścia, tak, jak Amerykanie po Pearl Harbour musieli zawiesić wszelkie spory co do sensu polityki Roosevelta i zjednoczyć się wokół niej.

Teoretycznie istniała jeszcze alternatywa: Polska mogła paść na kolana, przeprosić i wycofać się z ustawy, względnie ją "poprawić". Sądzę, że na to liczono. Świat wciąż ma w pamięci Polskę z czasów Kwaśniewskiego i jego niewczesnych przeprosin za Jedwabne, na pierwsze żądanie, z pozycji na płask, bez próby śledztwa, co naprawdę w Jedwabnem się stało (do dziś zresztą ten jego błąd, graniczący ze zdradą polskich interesów, ciągnie się za nami i nieraz jeszcze nam zaszkodzi). Z czasów, gdy władze i elity opiniotwórcze skłonne były płaszczyć się przed wszystkimi i wszystkich za wszystko przepraszać, a społeczne doły, dorwawszy się po latach wygłodzenia do dobrobytu, wyrzekały się elementarnej narodowej godności, byle tylko nic nie przeszkadzało im w radosnej konsumpcji.

Ale to już, chwalić Boga, zupełnie inna Polska. Oczywiście, izraelski atak ożywił nadzieję w środowisku "totalnych", od dawna marzących o jakimś obcym najeździe, czy co najmniej sankcjach, które pozwolą powrócić przegranym politykom do władzy, a odrzuconym elitom do znaczenia. Polska nie może wygrać z całym światem, ucieszyły się, za Izraelem ujmie się nie tylko Europa, ale i Ameryka, wspólnie ukarzą wreszcie polaczków za butę i "znowu będzie tak, jak już było". Część mediów i "autorytetów", wierna swym kompradorskim instynktom, rzuciła się gorliwie sekundować wrogom Polski w wyszukiwaniu przykładów "polskiego antysemityzmu" czy to w historii, czy współcześnie. Sam padłem ofiarą ich folksdojczowskich donosów, gdy oczywiste stwierdzenie Marcina Wolskiego, że obozy zagłady były tak samo "polskie", jak i "żydowskie" posłużyło do wyprodukowania i puszczenia w świat fejk-niusa "Ziemkiewicz i Wolski kpili w publicznej telewizji z ofiar holocaustu". 

Ale to tylko margines. Krzykliwy i "wypasiony" - ale margines. Sądzę, że jedyny jak dotąd sondaż przeprowadzony już po izraelskim ataku, na fali wywołanych nim emocji, w którym poparcie PiS jest o 9 procent większe od zsumowanego poparcia PO, Nowoczesnej, PSL, SLD i partii Razem, potwierdzi się w kolejnych badaniach. Wysyłając nad uśpione, polskie Pearl Harbour propagandowe bombowce Benjamin Netanjahu spełnił marzenie pijarowców rządzącej partii - ostatecznie już podzielił polską politykę pomiędzy partię polską i partię antypolską. Przy czym do tej pierwszej oprócz PiS załapał się tylko Kukiz, a do drugiej ochoczo zapisała się cała reszta parlamentu i tych, którym sondaże dają szansę się do niego dostać.

Kwestia do osobnych, długich rozważań - co chciał osiągnąć agresor i co osiągnąć rzeczywiście może. Pani ambasador niedwuznacznie zasugerowała w rozmowie z RMF FM, że w istocie nie chodziło o nowelizację ustawy o IPN i pamięć historyczną, ale o przygotowywaną ustawę reprywatyzacyjną. To bardzo możliwe, próby wyłudzenia z Polski znacznego majątku pod pretekstem swoistych "reperacji" za holocaust są prowadzone od dawna, z dużym rozmachem, zwłaszcza w Ameryce. Atak rządu Izraela na Polskę może też wiązać się ze zbliżeniem pomiędzy tym krajem a Rosją, coraz bardziej wpływową na Bliskim Wschodzie i coraz bardziej Izraelowi potrzebną. Wbicie klina między USA a Polskę oddala realizację gazowego sojuszu "Trójmorza", ważnego i dla naszego regionu, i dla administracji Trumpa, a dla Rosji będącego w tej chwili głównym zagrożeniem. Mogło też chodzić o wewnętrzne rozgrywki w izraelskiej polityce i partii rządzącej, o umizgi do skrajnie szowinistycznego elektoratu i wzajemne udowadnianie sobie, który z izraelskich polityków jest bardziej prawdziwym Żydem od rywali.

Może wszystko naraz. To nie nasz problem. Naszym problemem jest teraz wygrać tę wojnę, a przynajmniej ponieść w niej jak najmniejsze straty. Zostaliśmy podstępnie, z zaskoczenia zaatakowani i po czymś takim nie mamy już żadnej innej opcji, cokolwiek sądzimy o samej ustawie i władzy, która ją wymyśliła. Pearl Harbour to Pearl Harbour.

Wbrew pozorom, perspektywy nie wyglądają źle. Ci, którzy nas atakują, wyrządzają nam szkody wizerunkowe, ale sami tracą na tych atakach pieniądze. Dopóki polski PKB i finanse publiczne mają się dobrze, inwestycje zagraniczne napływają szeroko a optymizm inwestorów i konsumentów nie maleje - damy radę. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy