Reklama

Reklama

Marcin Król o "tego rodzaju osobach"

Marcin Król wylał na mnie wiadro pomyj za moją książkę "Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego" ("Oskarżam Graczyka - recenzja osobista", Wprost 27 lutego). Myślę, że człowiekowi w mojej sytuacji nie bardzo wypada prowadzić publiczne rozważania na temat tego, czy pomyjami oblano go słusznie czy niesłusznie.

Robią to inni (Piotr Zaremba, Bronisław Wildstein) i niech tak pozostanie. Ze swej strony chciałbym tylko zwrócić uwagę na pewną - że tak to dyplomatycznie ujmę - nieścisłość w tekście Króla.

Reklama

Napisał on, w rzadkich przerwach pomiędzy wznoszeniem okrzyków typu "hańba!", co następuje: "W całej książce nie ma ani jednego niewątpliwego dowodu na współpracę (z SB) wybitnych ludzi z "Tygodnika", chociaż są na współpracę sekretarki Stanisława Stommy czy tego rodzaju osób".

Otóż chciałbym go poinformować, że tym samym zniesławił pamięć pani Haliny Żulińskiej, sekretarki posła Stommy, która dwukrotnie odmówiła współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa.

Halina Żulińska jest bodaj najjaśniejszą postacią tej książki. Opis jej dramatycznych przygód z Bezpieką zamieszczam w rozdziale pod znamiennym tytułem "Nieudane werbunki, czyli czapki z głów!". I spośród bohaterów tego rozdziału niewątpliwie jej zachowanie oceniłbym najwyżej. Halina Żulińska najpierw, w roku 1959, z punktu nie zastosowała się do zaleceń werbującego ją oficera, który przestrzegał ją przed informowaniem posła Stommy o próbie werbunku. Zrobiła dokładnie odwrotnie: poinformowała go, co sprawiło, że plan Bezpieki spalił na panewce.

Potem, na początku lat 70-tych została zaszantażowana przez oficera SB (nb. tego samego, który werbował ją kilkanaście lat wcześniej). I był to szantaż szczególnie perfidny. Żulińska poczuła, że znalazła się w matni. Podpisała zobowiązanie do współpracy, ale już na następnym spotkaniu z SB-kiem napisała oświadczenie anulujące poprzedni dokument.

To były dramatyczne dni, które na koniec okazały się dniami chwały Haliny Żulińskiej. Zapłaciła za to potem sporą cenę (dwukrotne wyrzucenie z pracy, odmowa paszportu). Naprawdę trudno powiedzieć coś innego niż: czapki z głów!

I oto Marcin Król, który twierdzi, że recenzuje moją książkę (co - wydawałoby się - zakłada jej wcześniejsze przeczytanie), rzuca potwarz na tę dzielną kobietę. Dziwne?

Nie takie dziwne. Marcin Król postępuje tu z właściwą sobie dezynwolturą. My, ludzie naszej sfery, to sama szlachetność. Czyny mniej szlachetne nam się nie przytrafiają, bo się, z natury rzeczy, po prostu przytrafiać się nie mogą. Zatem współpraca z SB ludzi z kręgu "Tygodnika" , mogła - wywodzi zgodnie z tą logiką Król - dotyczyć wyłącznie personelu pomocniczego. Jakichś tam sekretarek, czy - tu cytuję - "tego rodzaju osób".

Fakty są takie, że "tego rodzaju osoby" z kręgu "Tygodnika" zachowały się w sumie lepiej, niż ci z "tygodnikowej" wierchuszki. Tym gorzej dla faktów - rzecze Marcin Król.

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Nie | tych

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne