Reklama

Reklama

Absurd bezpłatnych studiów

To ślepe i powszechne rozdawnictwo jest - co najmniej w takim samym stopniu jak oszczędzanie na przyszłe emerytury - głównym źródłem naszych budżetowych bolączek. Miliardy złotych trafiają do tych, którzy nieszczególnie ich potrzebują i żaden z polityków nie ma odwagi, by powiedzieć głośno, że czas z tym skończyć.

Wiele jest takich obszarów, które - gdyby nie tzw. presja społeczna i strach przed wyborcami - już dawno powinny przejść anty-egalitarną reformę.

Reklama

Becikowe i ulga prorodzinna dla każdego, niezrozumiałe przywileje emerytalne różnych grup zawodowych, rozmaite ulgi podatkowe - to tylko część z nich. Mnie od lat zadziwia utrzymywanie absurdu bezpłatnych studiów i choć w tej sferze coś się ostatnio ruszyło, to politykom wciąż brakuje siły, by zadać systemowi decydujący sztych.

Na początek - statystyka. W Polsce z bezpłatnych studiów wyższych korzysta ok. 800 tysięcy osób. Roczny koszt ich kształcenia to od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Budżet szkolnictwa wyższego to około 10 miliardów złotych, i przy takich wydatkach publicznych uczelnie są niedofinansowane, studenci skarżą się na złe warunki, w których przychodzi im zdobywać wiedzę, kadra naukowa narzeka na fatalne zarobki.

W dodatku studenci rozsmakowali się w ostatnich latach w przeciąganiu studiowania niemal do trzydziestki - zmieniając wydziały i kierunki, albo po zakończeniu jednych zaczynając drugie.

Wielce oczywiście chwalebny to ciąg ku wiedzy - tyle że, niestety, kosztowny. Zwłaszcza, że część z nich po zdobyciu wykształcenia mówi Polsce adieu i rusza do pracy w krajach, które za studia wyższe każą sobie słono płacić.

Od lat aż się prosiło i wciąż prosi, by coś z tym zrobić. "Coś" co nie będzie fastrygą - taką jak wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek (choć tu oddaję honor rządzącym, że odważyli się na ruch w tym kierunku), ale rzeczywistą, pełnowymiarową i pełnokrwistą reformą.

Przemyślaną, dobrze opracowaną i dobrze obudowaną - również programami finansowymi.

Świat już dawno wpadł na to, w jaki sposób - bez szkody dla osób niezamożnych i nie dyskwalifikując nikogo z powodów finansowych - wprowadzać płatności za studia wyższe. Są kredyty, które spłaca się po zakończeniu szkoły, są systemy uzależniające moment ściągania post-factum czesnego od poziomu zarobków, są systemy stypendialne.

Tu nie trzeba odkrywać Ameryki. Trzeba mieć tylko odwagę, by powiedzieć, że obecny stan rzeczy jest i niesprawiedliwy (bo za darmo studiują nie ci, którzy najbardziej tego potrzebują) i szkodliwy dla poziomu nauczania.

Proste obliczenia podpowiadają, że gdyby wprowadzić pięciotysięczną opłatę za rok studiowania (co na takiej choćby medycynie jest tylko ułamkiem rzeczywistych kosztów) to po pomnożeniu tej sumy przez ośmiusettysięczną rzeszę studentów otrzymamy cztery miliardy złotych. Bagatela... Prawie połowę budżetu szkolnictwa wyższego...

Oczywiście, że takie pieniądze nie pojawiłyby się od razu, że ich część zaczęłaby spływać po latach, ale bez wątpienia poprawiłyby one kondycję szkolnictwa wyższego i rozwiązały jego finansowe bolączki. Czy są jakiekolwiek poważne argumenty przemawiające przeciwko takiemu rozwiązaniu? Ja ich nie znajduję.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje