Głowy tłustych misiów. Albo polityczna śmierć

Rządzący solidnie oberwą za to, co i jak mówili przy knajpianych stolikach. I to nie ulega wątpliwości. Odpowiedź na pytanie, czy ta historia tylko ich osłabi, czy zmiecie z powierzchni ziemi, uzależniona jest - moim zdaniem - w pierwszym rzędzie od tego, czy służbom uda się ustalić źródło przekazujące nagrania mediom, a przede wszystkim - motywy tym źródłem kierujące.

Treść, intrygi, knowania, styl, język - wszystko to, co już ujrzało światło dzienne, jest i długo będzie gigantycznym obciążeniem dla rządzących. Pierwsze ofiary już są. Ale to jednak tylko pionki. A gra toczy się o dużo potężniejsze figury naszej politycznej szachownicy.

Reklama

Bartłomiej Sienkiewicz niemal na pewno - i najwyraźniej on sam zdaje sobie z tego sprawę - się z tego już nie wykaraska. Nie czepiałbym się go szczególnie za diagnozy w stylu: "to państwo istnieje teoretycznie" czy "ch.. , d... i kamieni kupa", ale pomysł polityczno-finansowego dealu przebiegającego pod hasłem niedopuszczenia PiS-u do władzy jest kompromitujący. Zarówno samego ministra, jak i prezesa NBP.

Druga z figur, która - jak się wydaje - odpokutuje za nagrania, to Radosław Sikorski. Może i nie mówi w nich niczego, co byłoby jawnym i oczywistym przekroczeniem granic politycznej przyzwoitości, że o łamaniu prawa nie wspomnę, ale styl - zwłaszcza jak na szefa dyplomacji - jest taki, że nie sądzę, by marzenia szefa MSZ o najwyższych państwowych stanowiskach mogły się spełnić, a w każdym razie spełnić szybko.

Inni nagrani też nie wystawiają polskiemu życiu publicznemu dobrego świadectwa. Biznes przeplatający się polityką, dziwne układy i układziki, głupiutkie ploteczki, grube dowcipy, przekleństwa... Nie wygląda to - najdelikatniej mówiąc - dobrze.

Ale też rządzący mają w swym nieszczęściu także i trochę szczęścia. To, że dzisiejsze nagrania są kolejnymi nagraniami kulis polskiej polityki, które wychodzą na jaw, że te poprzednie, też mało smakowite i też przetykane mocnym słowem, nieco stępiły naszą wrażliwość, że atmosfera powoli staje się wakacyjna, że trwa mundial, że był długi weekend...

A też to, że nagrań jest dziś już tyle, wątków w nich poruszanych tak wiele, że podejrzewam, iż przeciętny wyborca coraz bardziej postrzega całą historię niczym obraz Breugla czy Boscha - pełen szczegółów, acz bez niczego, co skupiałoby szczególną uwagę...  Wszystko to sprawia, że treść rozmów dociera do ludzi z lekkim opóźnieniem, a oburzenie rośnie z mniejszym natężeniem niż można by się tego spodziewać.

To, jak bolesne dla rządzących będą następstwa tej historii, zależy od mnóstwa czynników. Nie jesteśmy w stanie dziś przesądzić, czy i gdzie pojawią się kolejne nagrania, które znów przydać mogłyby aferze dynamiki. Na razie nie widać symptomów tego, by gabinetowi rozpadło się polityczne zaplecze.

PO raczej jednoczy się wokół Tuska i działa pod hasłem "brońmy królowej" niż się rozłamuje. PSL buduje swą pozycję, ale też nie jest w nastroju ani do wychodzenia z koalicji, ani do szybkich wyborów. Opozycja nie ma pomysłu na to, jak mogłaby rozbujać polityczny okręt, a jej pomysły, np. powołanie rządu technicznego, wydają się tak zgrane i tak pozbawione szans, że nikt o nich nawet serio nie dyskutuje.

Tym, co majaczy na horyzoncie i co mogłoby - jak się wydaje - być wydarzeniem przełomowym, punktem zwrotnym w całej aferze, byłoby ustalenie źródła wycieku nagrań do mediów.

Gdyby, a takie głosy słyszę, służby były w stanie dowieść, że za całą historią stoją jakieś ciemne siły, "tłuste misie", które chciały uderzyć w państwo albo w polityków na rzecz tego państwa działających, sytuacja zyskałaby zupełnie nowe oblicze. Rządzący mogliby ją zakończyć na kilku chirurgicznych cięciach personalnych, otrząsnąć się, zewrzeć szyki i liczyć na to, że sondaże - które zapewne dramatycznie im teraz spadną - mogłyby się nieco odbić.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy