Mniej oliwy, więcej idei

Żadnych idei. Żadnych wizji, za które warto byłoby umierać. Tylko pragmatyka rządzenia i techniki uwodzenia wyborców. Jeśli taki jest ideał polityki, to ja głośno mówię - nie podoba mi się to. Tęsknię za ideowymi sporami, fundamentalnymi debatami i wizjami bardziej odległymi niż najbliższe wybory.

Gdy kilka dni temu w telewizyjnej dyskusji zadeklarowałem, że oczekuję od partii i polityków nie tylko tego, by zapewniali mi ciepłą wodę w kranie, trójka moich współtowarzyszy spojrzała na mnie jak na raroga i zaczęła przekonywać, że nie ma nic gorszego niż polityczni ideolodzy i fanatycy. Co do fanatyków - zgoda, bywają zbyt często groźni, by ze spokojem i tęsknotą wyczekiwać na to, aż dojdą do władzy, ale co do posiadaczy idei w polityce - pozostaję przy swoim zdaniu.

Reklama

Rządy PiS dość skutecznie wybiły wielu Polakom z głowy marzenia o wyrazistych politykach. Zbyt wiele było frontów, zbyt wiele sporów, zbyt wielu zaczepionych i zbyt wielu urażonych, by - sądząc po sondażach - wyborcy nie tylko na powrót pokochali partię Kaczyńskiego, ale i pomyśleli o dopuszczeniu do władzy kogoś o równie zdecydowanych poglądach. Reklamująca się jako oliwa, która rozlana na wzburzone morze wyciszy emocje, ukoi rodaków i pozwoli im zapomnieć o życiu partyjnym, Platforma trafiła idealnie w nastroje i dała Polakom - nieco "fukuyamowskie" poczucie błogiego spokoju i końca polityki.

Czy naprawdę w Polsce mamy już za sobą debaty na różne, nieco bardziej ponadczasowe tematy? Czy już nie warto myśleć o tym, jakim społeczeństwem chcemy być za 20 lat, jak i czy przyjmować w Polsce emigrantów, co zrobić z malejącym przyrostem naturalnym, jak rozstrzygać dylematy dotyczące genetyki, aborcji, eutanazji czy praw mniejszości? Czy każda dyskusja wykraczająca poza kilkutygodniowy horyzont musi być natychmiast obwoływana "tematem zastępczym"? Przy czym "tematem zastępczym" może zostać nazwane wszystko, co akurat jest niewygodne dla rządzących albo opozycji.

Co śmieszniejsze, dla tej samej partii jakaś sprawa może być raz "tematem zastępczym", by w parę lat później stać się "wartą dyskusji".

Tak jest ostatnio z - zgoda, że niepierwszoplanowym i nienajważniejszym, acz ciekawym - zagadnieniem "związków partnerskich". Ileż to ja się nasłuchałem od polityków PO przekonywań, że nie ma sensu o tym mówić, że to sprawa błaha i nieważna, że zawracanie nią głowy politykom i wyborcom jest odwracaniem przez SLD uwagi od sukcesów rządzących i dowodem na miałkość ideową i programową lewicy. Wystarczyło jedno zdanie Donalda Tuska, by większość z nich zaczęła połykać własny język i mówić, że może zagadnieniem warto się zająć, że niekoniecznie teraz, ale może w następnej kadencji...

Czytelne to wszystko jest na odległość, widać, że w całym przedsięwzięciu chodzi o podbicie serc lewicowych wyborców i że po wyborach o sprawie się zapomni. Tym niemniej - liczę na to, że może ta historia zwiastuje jakiś mały przełom, że po niej ciężej będzie już gasić każdy pomysł dyskusji o dylematach ideologicznych lekceważącymi stwierdzeniami o tym, że nie ma po co tracić na nie czasu. Zwłaszcza, że - bądźmy szczerzy - polski parlament naprawdę się nie przepracowuje, rządzący nie zarzucają go tonami projektów i pomysłów, i gdyby od czasu do czasu podebatować o czymś bardziej fundamentalnym niż zmiana ustawy o mieszaninach czy wspieraniu termomodernizacji, dziura w niebie by nie powstała.

Dowiedz się więcej na temat: Nie | oliwa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy