Ukochany towarzysz Edward

Uwielbienie i honorowanie Edwarda Gierka ma w sobie coś z radości galernika, którego wszyscy strażnicy okładają biczami, a jeden rozluźnia mu nieco kajdany i zamiast bić - tylko krzyczy. Co prawda, trzeba w jego obecności tak samo ciężko wiosłować, człowiek jest tak samo wyczerpany i w równie beznadziejnej sytuacji, ale jednak - jest mu odrobinę przyjemniej.

Ogłośmy rok 2013 rokiem Gierka! Róbmy konferencje polityczno-naukowe! Nazywajmy imieniem I sekretarza ronda, place i ulice! - przy okazji setnych urodzin "towarzysza Edwarda", SLD zaczęło sypać pomysłami na uczczenie tej pamiętnej w dziejach Polski daty. Szybkie spojrzenie w kalendarz uświadomiło mi, że i tak nie jest najgorzej, bo w minionym właśnie roku przypadały i 120 rocznica urodzin Bolesława Bieruta i 30 rocznica śmierci Władysława Gomułki. Najwyraźniej przez zwykłe niedopatrzenie (bo nie chce mi się wierzyć, że to mniejszy szacunek dla tych dżentelmenów) - lewica nie wezwała jakoś do ich fetowania. Ale spokojnie, spokojnie... Jak tak dalej pójdzie, a wiedza jej działaczy, na temat najnowszej historii Polski, nadal pozwalać im będzie na lokowanie powstania warszawskiego w roku 88 (a może to był 89), to dojdziemy i do tego.

Reklama

Nie jestem jakimś "zoologicznym" czy "oszalałym z nienawiści" anty-komunistą. Jestem w stanie zrozumieć przedwojennych działaczy KPP, uznających Związek Radziecki za państwo najwyższej szczęśliwości i dostrzegających słabości czasów sanacyjnych. Mogę próbować rozumieć nawet tych, którzy wierzyli, że powojenna zmiana granic i wprowadzenie robotniczo-chłopskiej władzy są nieuniknione i trzeba się jakoś do nowych czasów przyzwyczaić, próbować je polubić i włączyć się w rzeczywistość, a nie ją bezsilnie kontestować, ale nie jestem jakoś w stanie podzielać uwielbienia, dla postaci, które pięły się w PRL-u po szczeblach partyjnej kariery akceptując i stalinowskie mordy i strzelanie do demonstrantów i antysemickie czystki, mających za nic zapisane nawet w konstytucji prawa ludzkie i obywatelskie, wolność słowa czy zgromadzeń. Może i Polska była na to wszystko, wyrokami mocarstw i historii skazana, ale niech nikt mi nie mówi, że pięknymi i zasłużonymi dla kraju postaciami są ci, którzy ten ustrój wprowadzali i pilnowali, by nic nie mogło zakłócić jego zamordystycznych fundamentów.

Owszem, zgodzę się, że na tle PRL-owskich przywódców Edward Gierek jawi się dość sympatycznie. Nieźle wyglądający, dobrze mówiący, dający paszporty, rządzący mniej ciężką i siermiężną ręką niż jego poprzednicy i budujący z rozmachem (szkoda, że często bez sensu i na kredyt) drogi, fabryki, huty i dworce. Miło było oczywiście móc w jego czasach pić coca - i pepsi - colę, wyjechać raz czy drugi do Bułgarii, NRD, a nawet i Francji czy przejechać przez Wisłę Trasą Łazienkowską. Ale nie popadajmy w amnezję i szaleństwo. To, że akurat ten z komunistycznych dzierżymordów mniej sadzał do więzień, nie strzelał i kupił berliety nie stawia go w rzędzie postaci, które w wolnej Polsce godne są peanów, zachwytów i szacownych upamiętnień. Rozumiem, że Polacy mając sentyment do czasów, w których odrobinę uchylono im lufcik i poluzowano więzy nie wzdragają się na widok "szynki jak za Gierka" (swoją drogą niewiele tej szynki wówczas widywałem), ale politycy mogliby pójść po rozum do głowy i na tym sentymencie nie próbować budować swoich sondaży.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy