Reklama

Reklama

Wódz może być tylko jeden

Stopień "wodzowskości" naszych partii zaczyna narastać w zastraszającym tempie. Tusk, Kaczyński i Napieralski są demiurgami, alfami i omegami, sterami, żeglarzami i okrętami w jednym. Zdaje się, że Joanna Kluzik-Rostkowska trochę im pozazdrościła. Postanowiła nie być gorsza i pokazać, że PJN nie będzie się szczególnie różnił od swych większych politycznych braci.

Jest w naszej polityce jakiś niezwykły gen niezdolności do pracy zespołowej. Każdy team, grupa ludzi, która choćby przez moment zdaje się być zjednoczona wspólnym celem, prędzej czy później (częściej prędzej) zaczyna się kłócić. Indywidualne ambicje zaczynają przysłaniać wartości i zamierzenia. Wszystko grzęźnie w sporach, wzajemnym wycinaniu się i pilnowaniu, by nikt nie wyrósł zbyt wysoko.

Reklama

Truizmem jest powiedzenie, że polityka gromadzi ludzi ambitnych. Takich, którzy mają w sobie przynajmniej mały pierwiastek chęci zostania samcem alfa, liderem, wodzem. Tak było i tak jest wszędzie.

Problem w tym, że w Polsce ta ambicja rodzi fatalną rywalizację i doprowadza szybko do sytuacji, w której powiedzenie "rywali mam w partiach konkurencyjnych, we własnej - wrogów" zaczyna być przeraźliwie aktualne.

Rezultaty obecności tych fatalnych genów obserwujemy od lat i to właściwie we wszystkich środowiskach politycznych. Tusk przy pomocy Schetyny rozprawia się z Płażyńskim, Olechowskim, Gilowską i Rokitą, by wreszcie zacząć zaciskać węzeł na szyi swego najbliższego współpracownika.

Kaczyński tłamsi Dorna, sekuje Ujazdowskiego i Zalewskiego, krzywym okiem patrzy na Ziobrę, wyrzuca Kluzik i Jakubiak, by samotnie i bez obawy o nielojalność w najbliższym kręgu rządzić partią.

Napieralski rzuca rękawicę swojemu szefowi - pokonuje go i spycha na margines, a potem przycina wszystkich, którzy - jak Kalisz - wystają ponad partyjną przeciętność.

W PJN miało być inaczej. Miło, przyjacielsko, rodzinnie i zgodnie. To miała być partia oparta na silnych więzach towarzyskich, taka, której liderzy spotykają się w weekendy, by z mężami, żonami i dziećmi pogrilować sobie i pogadać przy okazji o polityce.

Ile wyszło z tych marzeń - możemy obserwować od piątku. Ultimatum dla Bielana, jego wyrzucenie - bez uzasadnienia i oparte na mętnych podstawach statutowo-organizacyjnych, teraz ganianie za kodami do strony internetowej...

Nie chcę przesądzać o tym, czyje grzechy odegrały tu większą rolę. Rozmawiając z obiema stronami sporu, wysłuchuję wzajemnych żalów, oskarżeń i podejrzeń. Nie trzeba być jednak prorokiem, by stwierdzić, że to, co dzieje się w PJN, na pewno nie pomoże w budowaniu partyjnego wizerunku. A można nawet pokusić się o tezę, że wewnętrzne kłótnie mogą zwiastować początek końca tego "projektu".

Ironią losu jest to, że PJN - choć w fazie budowy - powiela te dwa największe grzechy dojrzałych partii, od których zamierzało się tak pięknie odróżniać. Na wewnątrzpartyjne ambicjonalne rywalizacje - a one bez wątpienia leżą u podstaw konfliktu w PJN - zareagowało wzorem PiS-u czy PO - "szarpnięciem cugli" i wyrzuceniem niepokornego, który ośmielił się nie zgadzać z partyjną liderką.

Złośliwi twierdzą, że to znany z psychologii syndrom powielania zaobserwowanych w domu rodzinnym patologii. Zapatrzona w twarde, jednoosobowe zarządzanie PiS-em Joanna Kluzik robi z Bielanem to samo, co Jarosław Kaczyński zrobił z nią... Ale może to tylko siąkania złośliwców...

Konrad Piasecki

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje