4 czerwca - przestroga i nadzieja

​4 czerwca nie sposób nie pisać o 4 Czerwca. O tamtych wyborach. One dziś są różnie opowiadane, najczęściej niemądrze, w oderwaniu od ówczesnych realiów. W oderwaniu od Okrągłego Stołu, który o nich zadecydował, i międzynarodowego otoczenia.

Więc krzywią się niektórzy, że były nie w pełni demokratyczne, że "Solidarność" nie wzięła całej władzy, i od razu. Stuk puk, gorące serca! Polityka jest sztuką wstawiania buta w uchylone drzwi! Wybory dla opozycji były w najlepszym terminie, i wynik przyniosły dla niej najlepszy z możliwych. Ci, którzy je krytykowali, że to dziecko Okrągłego Stołu i układów z komuną, to gimnazjaliści, a nie politycy.    

Reklama

Bo czy warto było czekać, rok, może dwa, w nadziei, że ta komuna się całkowicie zawali?

No przecież, nie warto było.

Po pierwsze dlatego, że nie musiała się zawalić. Nie zawaliła się w Chinach, nie zawaliła się w Jugosławii, przekształcając się w ugrupowanie nacjonalistyczne, taki dzisiejszy PiS, podobną drogę przebyła w Rosji.

Po drugie, nie było wiadomo czy zgoda Moskwy na "polski eksperyment" ma charakter trwały czy też jest to przejściowy kaprys. Michaił Gorbaczow w tym czasie słabł z dnia na dzień, twardogłowi coraz mocniej go krytykowali. Pucz Janajewa (sierpień 1991) był logiczną konsekwencją tamtych nastrojów. Wyobraźmy sobie, że wybucha on rok wcześniej, a nasze wybory ogłoszone zostają na rok później... Koniec, kropka. Historia Europy toczy się inaczej.

Tak więc patrzmy na 4 czerwca - jako na wykorzystanie momentu historii. Wcale nie tak oczywistego.

Siła 4 czerwca polega także na jego niejednoznaczności. To były wybory, które można było "sprzedać" na różne sposoby. Więc dla jednych była to droga do demokracji (przy Okrągłym Stole ustalono, że za cztery lata wybory będą całkowicie wolne, a wyszło jeszcze lepiej), dla innych (tak opowiadano w Moskwie) sposób na rozładowanie społecznego napięcia, na wciągnięcie opozycji do rządzenia.

Siła 4 czerwca polegała też na tym, że wybory, ich rezultat, tworzyły fakty dokonane. Owszem, pojawiały się głosy w kręgach PZPR, żeby je unieważnić, by zatrzymać demokrację. Ale były one nieliczne i odosobnione. Jaruzelski parł w drugą stronę. Stawiając świat w obliczu niespodziewanego wydarzenia. Nie bez powodu prezydent USA, w lipcu 1989, przyjechał do Warszawy, spędził tu trzy dni (zazdrościsz Dudo, prawda?), i namawiał Jaruzelskiego, żeby kandydował na prezydenta Polski. Żeby uspokoił Moskwę, że w Polsce nic rewolucyjnego się nie dzieje.

I uspokoił. Podobnie jak i uspokoił swój aparat. Ten partyjny, i ten w MON i MSW.

Jeżeli już jesteśmy przy kadrach... To mit, że władza w tamtym czasie była bezradna, że wszystko jej się rozpadało. Ona dysponowała sprawnymi kadrami, o czym mogliśmy przekonać się po roku 1993. Sęk w tym że one nie wierzyły w socjalizm, uważały, że ustrój stracił swoje siły, że trzeba inaczej. Dlatego w głosowaniu poparły "Solidarność", która zwyciężyła nawet w ambasadzie PRL w Mongolii.

Na co te kadry liczyły? Otóż rachuba była taka, że po wyborach powstanie rząd zgody narodowej, który zdemontuje socjalizm, jego największe absurdy, i rozpocznie budowę efektywnie działającej, prozachodniej Polski.

Ci ludzie nie czuli się przegrani. Byli przekonani, ze nowa Polska będzie potrzebowała ich umiejętności. Spójrzmy na Bitwę Warszawską 1920 r., na listę polskich generałów. Każdy z nich wcześniej służył w armiach zaborców - rosyjskiej, austriackiej. I nikomu z tego powodu niczego nie wyrzucano, nikogo nie lustrowano, nie podejrzewano o zdradę. Podobne były nastroje ówczesnej kadry - że wspólnie, według kryteriów kompetencji, będziemy budować nową Polskę.

To chichot historii - "Solidarność" dziś lamentuje, że została przy Okrągłym Stole wystrychnięta na dudka przez komunę, a ludzie komuny uważają, że to "Solidarność" nie dotrzymała umowy, że ich ograła i sponiewierała.

A Tadeusz Mazowiecki?

Po pierwsze, miał świadomość, że stąpa po kruchym lodzie, że sytuacja w Rosji jest chwiejna, i że Gorbaczowa w każdej chwili może zastąpić jakiś beton. To nie było wrażenie odosobnione. Tego samego obawiali się i George Bush, i Margaret Thatcher i Francois Mitterrand. Zasilani informacjami ze swoich służb, jawnych i tajnych.

Po drugie, polski premier zdawał sobie sprawę, jak krótką ma ławkę, jak wąskie są kadry, które potrafiłyby zarządzać państwem. Jak rujnująca może być niezgoda, i jak twórcza - zgoda.

Krytycy tamtych czasów wołają, że wybory przyklepały umowę Okrągłego Stołu, podział władzy, dzięki czemu PZPR-owska nomenklatura mogła się uwłaszczyć. Więc to był dla niej wspaniały interes.

Hmm... W dziennikarskim życiu poznałem wielu działaczy PZPR tamtego czasu. I nie zauważyłem, żeby opływali w dostatki. Mieszkali w tych samych mieszkaniach, w których mieszkali w latach 70. i 80., mieli te same meble, nosili te same garnitury.

Mit o uwłaszczonej nomenklaturze bierze się więc z czegoś innego. Z tego, że ludziom przy władzy, ludziom wykształconym, obytym w świecie, jest łatwiej. To jest ta grupa, która potrafi wykorzystać sytuację. Ale to wiąże się z dojściami do władzy, a nie z nalepką polityczną.

Po roku 1989 inne siły, zgodnie z prawem cyrkulacji elit Vilfreda Pareto, uzyskały owe dojścia.

Swoje dobre czasy mieli więc ludzie związani z KLD, z Wałęsą, z PSL, z SLD, z AWS, z Platformą, a teraz swoje biorą ludzie PiS-u. I będą brać jeszcze więcej, jeszcze bardziej łapczywie, bo choroba Jarosława Kaczyńskiego uświadamia im jedno - że obecne eldorado lada moment może się skończyć.

Więc nie mam wątpliwości, lista afer PiS-u będzie rosła. Mamy już aferę firmy GetBack, strategicznego sponsora PiS-owskich eventów, w której Polacy utopili 2,5 miliarda zł. Mamy aferę śmieciową, bo nagle, lekką ręką, władza zaczęła wydawać pozwolenia na przywóz, i Polska została zasypana śmieciami z całego świata. Setki tysięcy ton! Więc teraz płoną na wysypiskach. Mamy aferę z nagrodami dla ministrów i urzędników. Mamy miliony złotych, które są, w różnych formach, kierowane  do pisowskich pism i firm PR, i pisowskich hejterów.

Jest na czym zarabiać. Interes furkocze. Hulaj dusza, piekła nie ma!

Jedni biorą w brzęczącej monecie, inni, mniej bystrzy, jak poseł Pięta, biorą w naturze, każdemu według marzeń i potrzeb.

Ech, pisałem parokrotnie na tych łamach, że PiS wszedł w buty PO, na dodatek je rozepchał, i paluchy dziurami mu wychodzą...

Bynajmniej nie nastawia mnie to optymistycznie. Słucham przecież wypowiedzi ludzi PiS-u, oni się prężą jak gen. Jaruzelski w roku 1982, gdy mówił, że nie odda ani guzika, że socjalizm obroni. A to nasuwa podejrzenia, że nie cofną się przed awanturą, że będą jak Gomułka powtarzać: władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy.

A oddali.

Więc ten 4 czerwca niech będzie dla obecnej władzy i przestrogą i nadzieją jednocześnie. 

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy