Reklama

Reklama

Czego służby szukały u Banasia?

To ściganie Mariana Banasia przez prokuraturę, przez agentów CBA, a może i innych służb, każe przypuszczać, że z naszym państwem dzieje się coś bardzo złego.

Cała sprawa w przestrzeni publicznej toczy się od 21 września, tymczasem teraz, pod koniec lutego, agenci CBA, na polecenie prokuratury przeprowadzili wielką akcję poszukiwawczą. Przeszukano 20 miejsc, należących do Banasia i jego rodziny. Łącznie z jego gabinetem w NIK.

Reklama

I teraz zastanówmy się - o co w tym wszystkim chodzi?

Po pierwsze, dlaczego teraz mamy taką akcję? Przecież afera wybuchła prawie pół roku temu. Więc cóż przez te miesiące się działo? Prokuratura spała? A może prowadzono jakieś negocjacje? Bo o tym, że różni pośrednicy się spotykali - to wiemy. A jeżeli tak - to co było na stole?

Teraz nastąpiło uderzenie. Jego charakter też jest dosyć zastanawiający. Bo agenci nie oszczędzili ani syna, ani córki Banasia. Dlaczego? Już pojawiły się interpretacje tego ruchu - owszem, Marian, ty masz immunitet, ale twoje dzieci już nie...

Mam nadzieję, że to jest fantazja...

Ale pojawiają się inne wątpliwości. Otóż, nasuwa się pytanie, czego prokuratura szukała? Przecież, gdyby Marian Banaś miał jakieś trefne dokumenty, to zdążyłby je zniszczyć sto razy, albo bardzo dobrze ukryć. W to chyba nikt nie wątpi.

Czyli - możemy wnioskować - prokuratura szukała innych materiałów, takich, których Banaś nie chciał zniszczyć, które uważał, że mu się jeszcze przydadzą. Czyli jakich? Z przecieków wynika, że agentów interesowały elektroniczne nośniki - laptopy, telefony, pendrive'y. No, to teraz sobie przypomnijmy, co się na pendrive'ach trzyma. Ech, zapytam: czy mogłyby to być materiały, które mógł wykorzystać w starciu ze swoimi niedawnymi kumplami z PiS-u? Czy coś na nich miał?

To pytanie nasuwa się przecież samo, zwłaszcza że w ostatnich miesiącach w sprawie Banasia prokuratura zachowywała się tak, jakby ktoś ją hamował...

Bo przecież nie jest tak, że służby, ABW, CBA, zostały zaskoczone materiałem w stacji TVN24 o kamienicy z pokojami na godziny, że wrześniowy reportaż spadł na nich jak grom z jasnego nieba, że wcześniej nic o tym nie wiedziały. Musiały wiedzieć!

Marian Banaś od 19 listopada 2015 roku pełnił funkcję w rządzie, był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów i szefem Służby Celnej. Obejmując te stanowiska, musiał złożyć specjalną ankietę do ABW, i musiał zostać przez tę służbę prześwietlony.

Ta ankieta liczy 25 stron, można ją sobie ściągnąć z internetu i dokładnie obejrzeć. M.in. trzeba w niej poinformować o wszystkich przychodach, o kontach, nieruchomościach i innych cennych rzeczach. A także wyjaśnić, jakie były finansowe źródła ich nabycia.

Potem ankieta jest sprawdzana. Zajmuje się tym specjalna komórka w ABW. Jej funkcjonariusze mają dostęp do wszystkich baz danych. Przelewy, wydatki, PIT-y, to wszystko jest na ekranie.

Tymczasem 6 kwietnia 2016 roku ABW przyznała Banasiowi dostęp do dokumentów o statusie "ściśle tajne", tym samym jakby uznając, że jego oświadczenia są w porządku. Po paru miesiącach, a nie - jak zwyczajowo powinno być - po paru tygodniach. Dlaczego? Czy były jakieś wątpliwości? A potem - jakieś konsultacje? Z szefami, oczywiście...

Tego nie wiemy. Ale wiemy, że w takiej sytuacji możliwości są dwie. Pierwsza, ze Banaś jest rzeczywiście "czysty", i służby mają to sprawdzone i udokumentowane. W takim razie, dlaczego dziś używany jest przeciwko niemu cały państwowy arsenał? Druga możliwość zakłada, że "czysty" nie był. Pytanie więc, kto go krył, i dlaczego?

Ale w tej sprawie pytań jest więcej. Bo cóż czytam w mediach, jakie tytuły? "Śledczy osaczają Banasia". Więc podejrzenia nasuwają się same - czy właśnie nie o osaczanie chodzi? Że kamienica, że majątek, że pranie brudnych pieniędzy... Że na celowniku są jego dzieci... A kolejne przecieki, nie do zweryfikowania przecież, czynią z "kryształowego" Mariana absolutnego łobuza.

Więc może pora, by zacząć domagać się od prokuratorów prowadzących śledztwo, żeby wreszcie wyprodukowali akt oskarżenia, i skierowali sprawę do sądu? I opowiedzieli sędziemu, co mają, a nie dziennikarzom?

Zwróćmy uwagę, że póki nie ma tego aktu, prokuratura może nadymać się do woli. Może sprawiać wrażenie, że ma bombę, choć może to być kapiszon. Prokuratorzy prowadzący śledztwo mogą wnioskować o zakładanie podsłuchów, o przeszukania, wzywać świadków, mogą wnioskować o areszt. Ich władza jest więc potężna. Mamy sytuację jak u Kafki - toczy się jakieś postępowanie, ale obywatel tak naprawdę nie wie, o co chodzi, jakie zarzuty są przygotowywane. Ma za to wciąż pozostawać w niepewności, w tym celu puszczane są do mediów różne przecieki, i ma się bać.

I dopiero przed sądem okazuje się, czy prokuratorzy zebrali twarde dowody, czy też wszystko było grą pozorów.

Przykładów na taką sytuację jest wiele.

Jak było z oskarżeniem Barbary Blidy? Pani o pseudonimie "Alexis" nie chciała oskarżać Blidy. Więc wsadzono ją do aresztu. Tam też nie chciała. Więc wsadzono jej córkę. I poszło... To wszystko jest opisane w raporcie sejmowej komisji. A cała sprawa, tej rzekomej mafii węglowej, skończyła się tak, że sąd wszystkich oskarżonych uniewinnił. Pani "Alexis" nie musiał, bo korzystała ze statusu świadka koronnego, więc oskarżoną nie była.

A jak było ze sprawą, która ostatnio powróciła, czyli z rzekomą willą Kwaśniewskich w Kazimierzu Dolnym? Operację CBA prowadziła miesiącami, podsłuchując byłego prezydenta i jego żonę. Podsłuchiwano ich znajomych. A jaki był tego efekt? Parę gazet, powołując się na przecieki ze śledztwa, wypisywało niestworzone rzeczy. A w realu Mariusz Kamiński został z niczym - bo materiał, który zebrały służby, nie nadaje się nawet do tego, żeby skierować go do sądu. Bo trudno na poważnie brać notatkę agenta, że jechał z taksówkarzem, i taksówkarz mu powiedział.

Zresztą ten agent, Tomasz K., niedawny poseł PiS, właśnie oświadczył, że notatki o rzekomej willi produkował na polecenie zwierzchników, wiceszefa CBA Macieja Wąsika, i że prawdy w nich nie ma. A teraz prokuratura (która prowadzi przeciwko niemu śledztwo w sprawie spółki Helper) przedstawiła mu nowe zarzuty i wnioskowała o trzymiesięczny areszt. Udało się - agent Tomek będzie teraz miał okazję cokolwiek powiedzieć na temat swych niedawnych przełożonych dopiero po wyborach prezydenckich.

Dołączył on tym samym do grupy tych, którzy trafili za kratki, i stamtąd już nic powiedzieć nie mogą. Marek Falenta, bohater afery taśmowej, chciałby mówić, ale nie za bardzo może, bo odbywa karę 2,5 roku więzienia. "Jeśli nie będę ułaskawiony, ujawnię, kto za mną stał" - napisał w liście do prezydenta Dudy, prosząc o ułaskawienie. "Nie zamierzam umierać w samotności. Ujawnię zleceniodawców i wszystkie szczegóły" - groził. I wymienił 12 osób - m.in. prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, ministrów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Konfabulant? Nie dane nam było o tym się przekonać. Falenta siedzi za kratkami, może co najwyżej opowiadać kumplom w celi.

Jestem jak najdalszy od tego, żeby wystawiać świadectwo niewinności Banasiowi, K., Falencie itd. Jakby nie patrzeć, ludziom albo z jądra PiS-owskiej władzy, albo dla PiS-u szczególnie zasłużonych. Co innego w ich przypadkach jest niepokojące. To jak potraktowała ich władza, gdy z nią zadarli. Jak ich skutecznie zakneblowała. Lub też - to w przypadku Banasia - jak próbuje "osaczyć" i uciszyć.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy