Eksplozja choroby ideowości

Takie mamy czasy, że w najwyższej cenie jest ideowość. Naucza o tym marszałek Senatu Stanisław Karczewski, stawiając się za wzór. "Powinno się pracować dla idei – mówił, a media to nagłośniły. – Ja pracowałem dla idei, pracuję dla idei i będę pracował dla idei, a dla dzieci jeszcze tym bardziej powinniśmy pracować".

Po tym oświadczeniu, dziennikarze zaczęli sprawdzać, ile praca dla idei jest w przypadku marszałka warta. Różne były wyliczenia, przyjmijmy to najbardziej ostrożne, czyli oświadczenie majątkowe za rok 2017. Dochody Karczewskiego w tym czasie wyniosły 236 548 złotych. Miesięcznie to około 19,7 tysięcy złotych. Plus takie drobiazgi jak mieszkanie i darmowe przejazdy.

Reklama

Chylę więc czoła przed marszałkiem. Wystarczy przecież porównać jego zarobki z zarobkami nauczycieli - mianowanego (ok. 3 tys. zł brutto), dyplomowanego (ok 3,5 tys. zł brutto zasadniczej), i od razu widać, ile razy bardziej jest on ideowy.

Oto więc świat Stanisława Karczewskiego - z jednej strony nauczyciele, w pogoni za kasą (och, jacy przyziemni!), a z drugiej on - który jest ponad to wszystko, pięćset złotych w lewo czy w prawo, to nie są problemy, którymi by sobie głowę zaprzątał.

Jeżeli jesteśmy już przy nauczycielach, to możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że jeszcze bardziej dla idei niż marszałek Karczewski pracuje minister Zalewska. Ona w tymże roku 2017 wykazała 250 304 zł ministerialnej pensji i 30 062 zł poselskiej diety. Razem daje to ponad 280 tys. zł, czyli 23,3 tys. zł miesięcznie.

A dodajmy, że już niedługo Anna Zalewska będzie jeszcze bardziej ideowa. Bo zostanie wybrana do Parlamentu Europejskiego.

Tam, po potrąceniu unijnego podatku i składki ubezpieczeniowej, otrzyma co miesiąc 6710 euro na rękę oraz poselską dietę, czyli 4416 euro. Do tego dorzućmy zwrot za podróże oraz środki na asystentów i prowadzenie biur.

Jest czym się rządzić. To nawet więcej, niż zarabiają w NBP panie dyrektorki blondynki, podwładne prezesa Glapińskiego.

Tak oto spełnia się hasło prezesa, przepraszam - Prezesa, by Polacy mieli europejskie zarobki. No, może na początek nie jest to zbyt duża grupa, tych z europejskimi zarobkami, ale za to bardzo ideowa. A to w Parlamencie Europejskim najważniejsze.

Żeby się nie dać.

Na pewno nie da się Beata Szydło. Ona już w Brukseli mówiła, że Europa ma podziwiać Polskę i naśladować. Ooo, to może powiedzieć i drugi raz. I trzeci. Beata Szydło nie boi się mówić. Posłom w Sejmie, tym z PO,  też nie raz wygarniała, broniła swoich ministrów, że nagrody im się należały. Teraz co chwila powtarza, że zaprasza nauczycieli do stołu, jest otwarta na to, żeby podpisali tę samą umowę, którą podpisała "Solidarność". Czyli radny PiS z wiceprzewodniczącą PiS. To jest solidarność! Związku z władzą.

Ech, dziwicie się państwo, że Szydło i Zalewska opędzają się od tych nauczyciel jak od much? Jak one już na walizkach? Już głowy mają tam...

Minister Joachim Brudziński, który też kandyduje, już zapowiedział, co będzie robił w Brukseli. Otóż będzie pilnował, to jego słowa, żeby żadna brukselska koza nie skakała na Polskę. A jak to będzie robił? No, tego nie powiedział, choć wcześniej zapewniał, że jako były marynarz zna angielski. I że raczej nie jest to literacki angielski, ale marynarski, taki z wachty i portów.

Innymi słowy, Bruksela, jeżeli Joachim Brudziński będzie robił to co zapowiada, niejedno zobaczy i usłyszy.

Jedynym kłopotem tej eksplozji ideowości, którą przeżywa minister, mogą być wakacje prezesa Kaczyńskiego. To Brudziński je organizował, pływał z Kaczyńskim po Zalewie Szczecińskim, chodził z nim po Beskidach, ubrany w gustowną pelerynkę, zabawiał go usłużnie. A teraz? Przecież nie zaprosi go do Brukseli! Na wycieczkę na pola Waterloo... A, z drugiej strony, przecież wie, że jak odpuści rolę jednoosobowego biura turystycznego do obsługi prezesa, w to miejsce wślizgnąć się może ktoś inny... Także ideowy. I gotowy tę ideowość rozwijać.

Prezes zresztą też to wie, więc to gani, to chwali. To on ustalał listy kandydatów do Parlamentu Europejskiego. A teraz będzie decydował, kto wejdzie do rządu na miejsca opuszczone przez tych, którzy dostaną się do Europarlamentu. Więc już PiS drży, że otworzą się za chwilę drzwi na wyższe pięterko ideowości. Rekonstrukcja rządu! Już działa giełda - a może Mateusz Morawiecki zostanie kandydatem Polski na komisarza? A jaką pracę w instytucjach międzynarodowych dostanie minister Czerwińska? A kto zastąpi Zalewską? A kto Brudzińskiego?

Więc nie mówmy, że Jarosław Kaczyński trzyma w szachu opozycję. Mówmy, że przede wszystkim w szachu trzyma swoją partię. A oni wszyscy, miesiąc w miesiąc, zdają przed nim egzamin, recytując przekazy dnia.

O Polsce, że wstała z kolan, że nie da się Niemcom, Platformie, itd. I że dla ojczyzny to oni wszystko. Oczywiście, tak jak marszałek Karczewski, ideowo.

Oto mamy chorobę, na którą zapadła klasa (hi, hi) polityczna. Ta choroba pogłębia się, z roku na rok. Dotknięta nią była Platforma, a PiS - to już w ogóle epidemia. To choroba ideowości. Gdzie człowiek się nie obejrzy, widzi wyznawców idei.

Idei koryta.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy