Reklama

Reklama

​Gdzie jest Beata Szydło?

Od czerwca PiS prezentuje Polakom szefową kampanii Andrzeja Dudy jako kandydatkę na szefa przyszłego rządu. Tego, który powstanie po wyborach 25 października. To jest dosyć osobliwa prezentacja.

Beata Szydło przynajmniej dwa razy zaczynała swoją kampanię. Raz, gdy przejmowała od Andrzeja Dudy "Szydłobus", po raz drugi, gdy kandydatem na premiera ogłaszała ją konwencja PiS. Ale zawsze po tych startach szybko zapadała się gdzieś pod ziemię, słuch po niej ginął. Dlaczego?

Reklama

Obejrzałem kilka filmików z tzw. spotkań z wyborcami, kiedy Beata Szydło rozmawia z nimi na ulicy, podczas spaceru czy podczas jakichś innych okoliczności. Wybranka PiS-u wypadała podczas tych spotkań fatalnie, była sztywna jak kij od szczotki, nie potrafiła nawiązać z rozmówcami jakiegokolwiek kontaktu. Proszę do tych filmików zerknąć -  jest pytanie, a ona marszczy brwi i z miną pełną cierpienia wygłasza (czy raczej - duka) jakieś banały.

Wynotowałem je: "Polacy stracili zaufanie do państwa, trzeba je odzyskać", "Trzeba szarpnąć Polską", "Trzeba zmiany i naprawy Rzeczpospolitej". Jakby tu powiedzieć... To nie są złe hasła, ale one muszą być fragmentem większej całości, większej narracji. Wtedy coś znaczą, inaczej są okrzykami w próżni, mądrościami burmistrza gminy Brzeszcze. I to jest chyba tajemnica falstartów Beaty Szydło. Po prostu, nie ma ona nic do powiedzenia, a gdzie się pojawia, tam po 10 minutach wieje nudą. Ludzie to widzą i mówią pas.

Jeżeli Ewa Kopacz, też przecież żadna Margaret Thatcher czy Angela Merkel, ciągnie w pojedynkę kampanię Platformy i ciuła punkciki, to Beata Szydło ma wynik gorszy niż PiS. W jej przypadku efekt "nowej twarzy", efekt braku agresji nie działa.  Tak to jest, gdy pcha się w górę kogoś, kto barierę kompetencji przekroczył parę szczebli wcześniej. I wypchnięty jest na scenę, i... nic.

Słabość Beaty Szydło widać zresztą i w innych momentach. Wspomniana Ewa Kopacz potrafiła narzucić Platformie swój kształt list wyborczych. Po 9 godzinach zażartej dyskusji jednych zdegradowała, innych pchnęła do góry. A w PiS-ie? W PiS-ie Beata Szydło nie miała nic do powiedzenia. Prezes Kaczyński ułożył listy według własnego uznania, na przykład wyrzucając z nich Marcina Mastalerka, rzecznika kampanii PiS.

Ale chyba najbardziej namacalnie o tym, że Beata Szydło jest tylko paprotką prezesa przekonaliśmy się w ubiegłym tygodniu, podczas sejmowej debaty na temat uchodźców. Punktem jej wyjścia było sprawozdanie rządu, pani premier i jej ministrów, dotyczące przygotowania Polski na przyjęcie migrantów. Wydawałoby się więc, że to sprawozdanie powinno być oceniane przez kandydata na premiera. Nic z tych rzeczy!

W imieniu PiS w debacie zabrał głos Jarosław Kaczyński, pokazując urbi et orbi, kto w tej partii się liczy, a kto nie. Kto na tym pokładzie dowodzi. Na dodatek, jego przemówienie było bardzo agresywne, pokazujące, że sprawa uchodźców będzie głównym tematem kampanii, i że PiS będzie tu brutalny, będzie odwoływał się do najniższych instynktów: ksenofobii, strachu przed obcymi, egoizmu.

Prezes ewidentnie pokazał, że polityka "spokojnego PiS", schowania najbardziej brutalnych polityków tej partii, także jego samego, która pozwoliła na zwycięstwo Andrzeja Dudy, w każdej chwili może zostać zatrzymana (a w zasadzie - już jest zatrzymana). I wtedy do gry wejdą kilerzy, wtedy ta gra będzie nakierowana na maksymalne rozbujanie, rozgrzanie polskiej sceny politycznej. Na przecięcie kraju na dwie części. A w takiej atmosferze Beata Szydło nie jest potrzebna, ona gubi się, znika.

Polityka jest sztuką zarządzania emocjami. Jarosław Kaczyński to wie i znakomicie sobie w tej dziedzinie radzi. Nie wiem czy w tej chwili jest w Polsce polityk, który - jak on - potrafiłby tak zręcznie i sugestywnie poszczuć na wroga pół kraju. Z kolei kłopot Beaty Szydło polega na tym, że ona nie tylko nie potrafi emocjami zarządzać, ale nawet nie potrafi ich wzbudzić. Ona zresztą to wie i tym mocniej ją to paraliżuje.

Pewnie też wie, że jest kandydatem na premiera tylko dlatego, że taką rolę do odegrania wyznaczył jej prezes, więc będzie tę rolę grała do wyborów, do 25 października. A potem się zobaczy.

Czy znaczy to, że za chwilę PiS ogłosi, że Beata Szydło nie będzie szefem przyszłego rządu, że oni mają nowego Glińskiego? Nie sadzę. Za wiele już zainwestowano w tę fikcję, by nagle z niej się wycofywać. Poza tym, idea premierów-zderzaków też jest prezesowi bliska. Beata Szydło jest na PiS-owskich plakatach, są spoty z nią nagrane, machina partyjna już pracuje. Więc ona będzie uśmiechać się z każdego płotu, będzie twarzą kampanii, tylko w PiS-ie będą bardzo pilnować, żeby ta twarz za wiele się nie odzywała.    

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak | wybory parlamentarne 2015 | Beata Szydło

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje