Reklama

Reklama

"Godzimy się, bez mrugnięcia okiem, na śmierć 30 tys. Polaków rocznie"

​Nie potrafię zliczyć, ile rozmów jako dziennikarz odbyłem. Kilka tysięcy? Kilkanaście tysięcy? Wiele. Ale takich, które dobrze zapamiętałem, które mną w jakiś szczególny sposób zawładnęły, było może kilkanaście. Do tej listy muszę dopisać kolejną. Z prof. Cezarym Szczylikiem, jednym z najwybitniejszych polskich onkologów.

Mówi on spokojnym głosem, jak lekarz do pacjenta. Ale to, co mówi, jest wstrząsające. Nie, nie rozmawialiśmy o raku, nie straszył mnie. Rozmawialiśmy o leczeniu raka. A raczej o tym, jak leczy lub nie leczy się go w Polsce.

Reklama

Więc, po kolei:

- Rak, podobnie jak choroby krążenia, jest chorobą naszej cywilizacji. Co czwarty(!!!) Polak na niego zachoruje.

- W tej chwili chorych na raka jest około 500 tys. Polaków.

I teraz, uwaga:

- To wielkie miasto chorych leczy... 600 onkologów! Tylu jest ich w Polsce.

- Na jednego lekarza przypada ponad 830 chorych!

- Wystarczy przejść się do Centrum Onkologii, żeby zobaczyć tłumy czekających na poradę. W ciągu dyżuru lekarz przyjmuje kilkudziesięciu pacjentów!

- Praktycznie nie ma szans, by w takiej sytuacji mógł na poważnie zająć się chorym. Wczytać się w kartę choroby, zastanowić się nad terapią. To jest taśma, typu: lewatywa, następny proszę. To jest upokarzające - i dla pacjenta i dla lekarza.

Jak temu przeciwdziałać?

- Minister Arłukowicz ogłosił tzw. pakiet onkologiczny, który miał zmniejszyć kolejki. W praktyce wygląda to tak, że chory omija jedną kolejkę, by trafić do drugiej... Tej czekającej na konsultacje z jednym z 600 onkologów.

Od mieszania w garnku potrawy nie przybywa...

Nędza onkologii jest tylko ilustracją nędzy służby zdrowia.

- W statystykach Unii Europejskiej jesteśmy na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o liczbę lekarzy na tysiąc mieszkańców. Za Rumunią i Bułgarią.

- To efekt tego, że w Polsce kształci się za mało lekarzy. Mniej niż za Gierka. A po drugie, istnieją liczne bariery utrudniające wejście absolwentom uczelni do zawodu.

- Kształci się ich dlatego tak mało, ponieważ w roku 1991 (za Bieleckiego i Balcerowicza) ustalono niski limit studentów dla uczelni medycznych. Z banalnego, finansowego powodu - mało studentów, to niższe koszty kształcenia, no a potem niższe koszty służby zdrowia (bo mało lekarzy). Nawiasem mówiąc, niższe koszty ZUS-u i funduszy emerytalnych również (bo ludzie krócej żyją i mniej się leczą), ale nie sądzę, by takie rzeczy brano wówczas pod uwagę.

- Efekt jest taki, że ten zawód staje się domeną ludzi coraz starszych. W samej tylko podstawowej opiece medycznej brakuje 43 % lekarzy. A w grupie tych, którzy pracują, 15 % to emeryci! W onkologii nie jest lepiej, właśnie w wiek emerytalny wkracza pokolenie wykształcone w latach Gierka. Więc za chwilę na lekarzy urządzać będziemy łapanki...

- Politycy swój brak rozumu wolą zagłuszyć okrzykami "pokaż lekarzu, co masz w garażu!". Szczując! A potem, po tych okrzykach, dzwonią do najlepszych lekarzy, prosząc ich o konsultację, poza kolejką... Dla siebie, dla kogoś z rodziny, dla znajomych...

- Uczelnie medyczne mogłyby kształcić więcej studentów, ale musiałaby być taka wola polityczna. Na ich doposażenie w nowoczesny sprzęt, na zatrudnienie kadry, na powiększenie grup studenckich. Nie mówię tu o pieniądzach. Jeżeli lekką ręką potrafimy wydawać miliardy na różne rakiety i systemy uzbrojenia, i to kupowane za granicą, 130 mld zł w najbliższych latach, to widać, że pieniądze w Polsce jakoś się znajdują! A miejmy świadomość, że ledwie parę procent tej sumy skokowo zmieniłoby sytuację w służbie zdrowia.

- Państwo polskie oszczędza nie tylko na lekarzach. Polska jest na przedostatnim miejscu w Unii Europejskiej jeśli chodzi o dostęp do leków innowacyjnych w onkologii. Jest ich w Europie około trzydzieści, w Polsce refundowanych jest dwanaście, a tak naprawdę - dwa!

- W Polsce w wyniku choroby nowotworowej umiera rocznie 90 tys. pacjentów. Gdyby mieliby dostęp do specjalistów, do aparatury, do leków, 30 tys. z nich byłoby uratowanych (!!!).

- Godzimy się więc, bez mrugnięcia okiem, na śmierć 30 tys. Polaków rocznie. Których można uratować! Państwo polskie umywa ręce. Co to za kraj, który na takie rzeczy pozwala?!

- W wypadkach drogowych ginie rocznie 6 tys. Polaków. Media są pełne troski o bezpieczeństwo na drogach, nie ma dnia, by nie pokazywały jakiegoś karambolu i nie alarmowały, że trzeba coś z tym zrobić. 

- Chorzy na raka umierają po cichu.

A teraz cytat prof. Szczylika: "Inwestycje w intelekt są najtrudniejsze, ale bez tego nigdy nie będziemy społeczeństwem poziomu cywilizacji zachodniej. To, czy dane społeczeństwo jest na wysokim poziomie cywilizacyjnym, nie oblicza się liczbą pralek czy samochodów na rodzinę, tylko liczy się poziomem opieki onkologicznej i psychiatrycznej. To są dwa główne wyznaczniki. Koniec, kropka. My jesteśmy bantustanem!".

Zapomnijmy przez chwilę o politycznym zgiełku, bo to bitwa o stołki.

Sto razy ważniejsza bitwa jest inna - jak ma wyglądać ten kraj? Na co chcemy wydawać publiczne pieniądze? Czy lepiej rywalizować w świecie wiedzą inżynierów, jakością lekarzy, klasą ludzi kultury, czy tanią siłą roboczą? Czy chcemy mieć porządną służbę zdrowia? Czy godzimy się na śmierć dziesiątek tysięcy Polaków tylko dlatego, że jakieś tępe łby uznały, że wydajemy na leczenie, jako państwo, za dużo?

To są pytania z gatunku: czy ustrój w tym kraju ci się podoba? Więc odpowiadam - dobrze go sobie nie urządziliśmy...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy