Henryko! Nie idź tą drogą!

Zabiła mnie Henryka Bochniarz, szefowa konfederacji pracodawców "Lewiatan", która w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" stwierdziła, że w Polsce pracownicy powinni zarabiać po 1600 zł, oczywiście w ramach tzw. elastycznych form pracy, i to jest fajna suma, z której jeszcze można odkładać.

Ech... Z czymś takim nawet nie sposób polemizować. To dlatego w Polsce mamy falę strajków i demonstracji. Bo z jednej strony mamy ludzi, którzy walczą o miejsca pracy, o pieniądze na utrzymanie rodziny, a z drugiej nadąsane pańcie z rady nadzorczej, które przychodzą na negocjacje machając torebką za 40 tys. zł. To jest ten wielki rów oddzielający dwa światy. Czy trwale?

Reklama

Jeżeli słucha się Henryki Bochniarz, to odpowiedź jest jedna - trwale. To przecież jedna z bardziej wpływowych osób w Polsce, to dla niej Donald Tusk, jeszcze jako premier, potrafił odwoływać inne swoje spotkania, a nawet opóźnić zagraniczny wylot. Bochniarzowa jest gwiazdą rządzącego establishmentu, a także jedną z liderek Kongresu Kobiet (ha, ha!). To, co ona mówi, jest później powtarzane, jako prawda objawiona, i w mediach, i w rządzie.

Więc powtarzane jest, że 1600 zł, i to na śmieciówce, to nie jest taka zła suma. I że w Polsce mamy potężne podatki gnębiące obywateli. Choć w rzeczywistości są one jedne z najniższych w Unii Europejskiej. Ale to Henryki Bochniarz nie przekonuje. Mówi ona: "W naszym momencie rozwoju - czyli ledwie 25 lat po transformacji, kiedy wciąż budujemy kapitalizm i dobrobyt - musimy być dwa razy bardziej atrakcyjni niż kraje bogate. Potrzebujemy inwestycji, napływu technologii i nowych miejsc pracy. Dlatego obciążenia u nas powinny być jak najniższe".

To jest bardzo charakterystyczny dla rządzącej PO sposób myślenia. I bardzo fałszywy.

Już zaczynając od mało szczęśliwego zwrotu "budujemy kapitalizm i dobrobyt". Ja rozumiem, że pani Bochniarz jako wieloletnia członkini PZPR ma pewne skojarzenia, a ponieważ polonistycznie nie jest zbyt mocna, więc operuje gotowymi szablonami wypowiedzi. Czyż jednak nie widzi, że powtarza zaklęcia o  "budowie socjalizmu" i hasło "oby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej"?

Ale porozmawiajmy o sprawach ważniejszych. Szefowa "Lewiatana" mówi, że Polska potrzebuje inwestycji, nowych technologii i nowych miejsc pracy. Z tym pewnie każdy się zgodzi. Ale za chwilę nasuwa się pytanie: jak to zrobić? Na to ma jedną odpowiedź, dziewiętnastowieczną - ona chce ściągać inwestycje oferując tanią siłę roboczą, "elastyczne formy zatrudniania" i niskie podatki. Sorry, ale w ten sposób to można ściągnąć do Polski co najwyżej centra logistyczne, montownie i jakieś inne, proste przedsięwzięcia. Nic więcej.

Czyli w międzynarodowym podziale pracy Polska w ten sposób może aspirować do roli montowni (to te technologie - złożenie telewizora?), ewentualnie rezerwuaru taniej siły roboczej, wykorzystywanej bądź w kraju, bądź na londyńskim zmywaku.

Henryko! Nie idź tą drogą!

Nowoczesne technologie nie powstają tam, gdzie nędza z biedą. Ludziom, którzy je wymyślają, nie płaci się 1600 zł śmieciówkowego. Nowoczesne technologie powstają w miejscach, w których dużo się zarabia i są... duże podatki. Krzemowa Dolina i Kalifornia, Nokia i Finlandia, niemiecki przemysł samochodowy i tak dalej...

Ja rozumiem, że daleko nam do wytwarzania iPhone’ów  czy samochodów BMW, ale przecież jest wiele innych gałęzi przemysłu, w których możemy być mocni. Lecz to wymaga - także od pani Bochniarz - zmiany myślenia. Innego spojrzenia na przemysł, na ośrodki badawczo-rozwojowe (które polikwidowano), na naukę. I innego spojrzenia na stosunki pracy.

To jest ten wielki spór Polski liberalnej z Polską socjaldemokratyczną. Spór ustrojowy.

W tym sporze pani Bochniarz broni śmieciówek jak niepodległości, choć jednocześnie przyznaje, że biznes na wyższy poziom mogą wynieść tylko pracownicy z wyższej półki, lojalni i kreatywni. Innymi słowy, nie gromada chłopów pańszczyźnianych, ale team. No, ale żeby stworzyć team, muszą być cywilizowane stosunki pracy. Z ważną rolą rady pracowniczej, związków zawodowych, z etatami. Bez tak charakterystycznej dla polskich firm pogardy wobec słabszego.

Wiem, że nie stanie się tak z dnia na dzień, wiem, że sami właściciele firm muszą do pewnych spraw dojrzeć. Na razie narzekają, razem z Henryką Bochniarz, że pracownicy na etatach to wielkie dla nich ryzyko w przypadku trudności. No i że państwo polskie jest im nieprzyjazne - bo atakuje ich kontrolami, różnymi interpretacjami przepisów i niewydolnym sądownictwem. A przecież oni tworzą miejsca pracy...  

Na to odpowiedź mam prostą - nie znam jakiegokolwiek przedsiębiorcy, który postawiłby sobie za cel działania tworzenie miejsc pracy. Ich celem jest zysk, a zatrudnieni ludzie, tak jak kupione maszyny, ten zysk mają tworzyć. Więc nie mylmy skutku z przyczyną.

Po drugie, chętnie uwierzyłbym w tłumaczenie, że gdy firma ma trochę gorzej, to pracownikowi trzeba obniżyć, gdyby nie jedna wątpliwość. Otóż, czy w czasach, gdy firma ma trochę lepiej, to właściciel dokłada pracownikom? Wydaje mi się, że nie dokłada, że wszystko zamiatane jest w jedną stronę.

Natomiast zgadzam się, że skandalem są rozmaite bariery hamujące przedsiębiorczość, te różne kontrole, różne interpretacje przepisów, papierkologie, ciągnące się latami sprawy sądowe. To jest ta infrastruktura do prowadzenia biznesu, małego i dużego, której w Polsce brakuje. Ale - dopowiedzmy sprawę do końca - ktoś od siedmiu lat w tym kraju rządzi, i ktoś za to bezhołowie, które wskazuje "Lewiatan", jest odpowiedzialny.

Pani Bochniarz, jak rozumiem jej wypowiedzi, uważa, że winni tu są związkowcy i lewicowi dziennikarze. Ja raczej wskazałbym jej kumpli z PO, z  rządzącej koalicji, z którymi tak chętnie przystaje.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje