Kampanijne kopanie po kostkach

​Ruszyła właśnie kampania do Parlamentu Europejskiego. Jak sama nazwa wskazuje, o Europie politycy mówią niewiele. Za to bardzo dużo mówią o innych politykach, zwłaszcza o tych z przeciwnej strony sceny.

W ten sposób możemy dowiedzieć się, jakie są ich zainteresowania i jakie horyzonty. Wąziutkie - podpowiadam.

Reklama

Jest też coś w nich złośliwego. Oto na konwencji Platformy Grzegorz Schetyna zapowiedział, że jak dojdzie do władzy (przypominam - konwencja dotyczyła wyborów do Parlamentu Europejskiego) to nauczyciele dostaną te 1000 zł podwyżki, o które chcą strajkować.

Dobry Grzegorz - da tysiaka! A może z potrzeb państwa, i z jego możliwości budżetowych wynikałaby inna suma? Może 850? A może 1100? Tego się nie dowiemy, bo Schetyna nie patrzy na sprawy nauczycieli i oświaty jak na element państwa, jeden z najważniejszych, który trzeba postawić na nogi, tylko jak na okazję, by kopnąć PiS. Nie chcecie dać nauczycielom? To my damy! Ha, ha!

Schetyna to zapowiedział, na co natychmiast, z szyderczym uśmiechem odpowiedział mu Mateusz Morawiecki: że i tak nic nie będzie mógł dać, bo PiS właśnie wszystko wydał. I na nic więcej nie będzie pieniędzy.

Mówił o tym podczas spotkania z mieszkańcami Strzelina na Dolnym Śląsku. Że wprawdzie oponenci polityczni PiS potrafią mówić, że "dadzą jeszcze więcej", niż PiS obiecuje, ale te obietnice są nierealne. Dlaczego? Morawiecki wyjaśnił to tak: "z punktu widzenia sytuacji gospodarczej, wzięliśmy wszystko, co jest możliwe, na tym etapie naszej dobrej zmiany. Zdecydowaliśmy na zwiększenie deficytu budżetowego do 2, może nawet 3 proc. Daliśmy wszystko, co na ten moment jest możliwe".

Innymi słowy, obietnice PiS, ta "piątka Kaczyńskiego", na którą szuka pieniędzy minister finansów Teresa Czerwińska, i to tak intensywnie, że w ogóle się nie pokazuje, będą na kredyt. Bo już wyskrobano budżet do spodu, i teraz trzeba będzie brać pożyczki.

Ale i tak Morawieckiego to nie martwi (banksterzy lubią, jak się bierze pożyczki...), jego cieszy, że Schetyna ani grosza w budżecie nie będzie miał, bo wszystko PiS wyda.

A co Mateusza Morawieckiego martwi? Otóż martwią go media. A raczej ich stan. "My nie mamy mediów! - woła - Potężne media stoją za naszymi przeciwnikami politycznymi. Potężny biznes stoi za naszymi przeciwnikami, konkurentami politycznymi. My mamy was, ludzi. Ludzi, którzy muszą wyjść do narodu i prosić o poparcie, zaufanie".

Trzeba mieć Polaków za niepełnosprawnych umysłowo, jeżeli takie bzdury im się serwuje. Jeszcze przecież nie wysechł atrament na ustawie, którą podpisał prezydent Duda, a która daje mediom publicznym, TVP i Polskiemu Radiu, ponad 1,200 mld zł.  Miliard dwieście! Do tego dorzućmy dziesiątki milionów złotych pompowanych jako reklamy ze spółek skarbu państwa do popierających PiS tytułów.

Czy naprawdę człowiek, który przyszedł do rządu z banku, tych sum nie widzi? Czy nie dostrzega nachalnej propagandy, którą dzień w dzień serwują media zwane publicznymi? To nie wie, dla kogo ona jest?

I jeszcze jedna rzecz - przecież tak wołając Morawiecki kopie w nos tę całą armię pisowskich dziennikarzy. Oni tak się starają, Jacek Kurski, Tomasz Sakiewicz, bracia Karnowscy, ksiądz Rydzyk, jest ich wielu... Walczą z Billfingerem, w obronie spółki Srebrna. "Michniku, daj spokój Jarosławowi Kaczyńskiemu" - wołają. Obdarzają polityków PiS tytułami "człowieka roku", bronią Glapińskiego, preparują wypowiedzi zadowolonych nauczycieli, opowiadają cuda o Międzymorzu i złych Niemcach. I okazuje się, że dla Morawieckiego to hetka-pętelka, to nic nie znaczy, że dla niego liczy się "Gazeta Wyborcza" i TVN. Nie ma ich PiS, więc tak jakby nie miał niczego.

Chyba, że TVP, "Radio Maryja", "Gazeta Polska" i inne tygodniki, to dla niego niemedia...

A najśmieszniejsze jest to, że te wszystkie radości i żale premier Morawiecki wylewa przy okazji kampanii do Parlamentu Europejskiego. Jakby miało to coś z tymi wyborami wspólnego...

Szkoda... Wybory do Parlamentu Europejskiego, są przecież całkiem dobrą okazją do refleksji nad miejscem Polski w Europie, w świecie, nad ścieżkami rozwoju, nad tym, jakie sektory powinniśmy rozwijać. O władzę w tych wyborach się nie walczy, można więc sobie pozwolić na dyskusję o sprawach poważnych. To Polakom się należy. I nie ma dwóch zdań, zawsze w takiej dyskusji wyjdzie, że powinniśmy inwestować w edukację i w naukę. I że we współczesnej wojnie narodów, o jak najlepsze miejsce w świecie, nauczyciele to korpus oficerski, od nich bardzo wiele zależy. Spójrzmy na państwa, które w ostatnich stu latach poczyniły największy postęp - każde inwestowało w edukację. Bez tego, bez wykształconego społeczeństwa, sukcesu nie osiągnął nikt.

Piszę te słowa, mając świadomość, że to truizmy. Bo o edukacji słyszę od zawsze, i od zawsze słyszę, że nauczyciele zarabiają upokarzająco mało. Więc się gada - i nic. Mam też świadomość, że dla dzisiejszych polityków AD 2019 jakakolwiek trudniejsza debata to męczarnia. Bo ich horyzont myślenia ograniczony jest do jednego celu - jak dokopać przeciwnikowi. Bo jak mu się porządnie dokopie, to już nie będzie konkurentem, już rządził będę ja.

A Polska, a nauczyciele? To są dla nich rzeczy drugorzędne. Jeden właśnie pokochał nauczycieli, bo popierając ich strajk PiS-owi utrudni życie, drugi ich znienawidził, bo mu brużdżą, chcą pieniędzy, przeszkadzają.

A przecież wszyscy, z dziennikarzami na czele, powinni go chwalić, podziwiać, zwalczać jego wrogów (to najbardziej). Ooo... Mamy premiera narcyza.

Z jednej strony, nie lubię kampanii wyborczych, bo to czas opowiadania bzdur. Z drugiej - jest w nich coś przyciągającego... Ten teatr, to słodzenie, te przebieranki. Tyran udaje demokratę, mięczak - twardziela, antykomunista wdzięczy się do komuny, narodowi się opowiada, że jest wspaniały, wielki, i pół świata go podziwia. Festyn na całego.

W tym sezonie zapowiada nam się pod hasłem kopania po kostkach i prania brudów.

Reklama

Reklama

Reklama