Reklama

Reklama

Kłopotliwy sąsiad z manią wielkości

Od jakiegoś czasu obrazki z Rosji to w przeważającej części ćwiczenia wojskowe, manewry, forsowanie rzeki przez oddziały desantowe czy wielobój czołgowy, czyli jakieś militarne zawody. Rozumiem, że taki dobór informacji to także efekt bieżącej polityki i tego wszystkiego, co w głowach naszych rządzących buzuje, ale przecież nie ma dymu bez ognia. Rosja kocha swoją armię, nawet bardziej niż my naszą, tylko pożytku z tej miłości ma niewiele.

Rozumiem politykę rosyjską i jej cele. Prezydent Putin ją wyłożył i Rosja ją realizuje. Wszystko zaczyna się od tego, że uznał on upadek Związku Radzieckiego za największą katastrofę geopolityczną Rosji po II wojnie światowej. I chce ten Związek odbudować. I widzi, że mu nie wychodzi, że republiki, które uzyskały samodzielność, wcale nie chcą wracać pod skrzydła matuszki, że patrzą ku innym. Rosja chce więc zatrzymać te ruchy odśrodkowe i czyni to używając jedynego narzędzia, które ma, czyli armii.

Reklama

Efekt jest marny. Rosja potworzyła na obszarze byłego ZSRR wiele ropiejących konfliktów, obszarów znajdujących się w stanie ni to pokoju, ni wojny. Najwięcej wiemy o Ukrainie, czyli Krymie i Donbasie. Ale jest tego więcej - Abchazja, Osetia, Republika Naddniestrzańska...   

To wszystko kosztuje - i w rublach, i politycznie. Czego przykładem jest niechęć Ukraińców do Rosji, chyba największa w historii. Tych Ukraińców, których Kreml chciałby mieć za sojuszników, młodszych braci, których chciałby przytulić. A oni nie chcą... Więc Kreml do miłości chce ich zmusić siłą albo komplikując im życie i upodlając tak, że przyjdą sami, korząc się pokornie.

Czy to jest realne? No nie jest. Upokarzanie Ukrainy budzi tylko niechęć. Rozwiązanie siłowe? Proszę bardzo, niech rosyjskie czołgi zdobywają Kijów i Lwów. Owszem, wjadą tam. Ale co dalej?

Innymi słowy - armia jak armia, przydaje się, ale nie rozwiązuje problemów prezydenta Putina, któremu imperium rozłazi się w szwach i raczej zwija się niż potężnieje. Nie tędy więc droga. A którędy?

Wszyscy to instynktownie czujemy. Wystarczy rozejrzeć się wokół. Nie jeździmy rosyjskimi samochodami, nie używamy rosyjskich telefonów, telewizorów, komputerów. Nie rusza nas rosyjska moda ani tamtejsze kuchenne specjały. Rosyjskie wzornictwo też jest nam obce, podobnie jak rosyjskie meble, sprzęt AGD (lodówki "Mińsk" to prehistoria) i tak dalej. Głupia sprawa, ale poza czołgami, samolotami i kałasznikowem trudno mi znaleźć produkt rosyjski, który byłby atrakcyjny w świecie.

A przecież to jest naród, który wydał na świat całą masę genialnych matematyków, fizyków, informatyków, konstruktorów. Wybitnych fachowców  tam na metry. I gdzieś to wszystko jest marnowane, gdzieś się rozłazi.

Mam takie nieodparte wrażenie, że gdyby państwo rosyjskie potrafiło wykorzystywać talenty i umiejętności swoich obywateli, to prezydent Putin nie musiałby grozić czołgami i rakietami sąsiadom, bo oni sami chętnie by współpracowali z Moskwą. Do bogatego i ładnego wszyscy ciągną.

Dlaczego więc, skoro to takie proste, Rosja nie potrafi wykorzystać zdolności swych obywateli? Rozwinąć gospodarki? Zalać świat swoimi produktami? Dlaczego jest tak nietrafnie zarządzana? Nawet naftowy boom, czyli morze dolarów, które parę lat temu zalało Moskwę, nic tu nie zmienił.

Nie piszę tych słów z poczuciem wyższości, Polska też nie do końca wykorzystała minione 25 lat. Choć warto pamiętać, że w niektórych branżach dokonaliśmy potężnego skoku i jeżeli prezydent Putin cieszy się, że rocznie eksportuje uzbrojenie o wartości 14,5 mld dolarów, to Polska eksportuje żywność na sumę ponad 20 mld euro. I nawet wojna, którą Moskwa wydała naszym jabłkom, nas nie zatrzymała.

Nie piszę też, by dołączać do grona różnej maści szyderców, którzy wołają, że Rosja to nie kraj, tylko stan umysłu itd. Nie wierzę w takie uogólnienia. Zresztą, historia Europy daje wiele przykładów, jak narody się zmieniały. Były więc czasy, długie stulecia, gdy opinią zbirów i zabijaków cieszyli się Szwedzi, Niemcy uchodzili za naród wyjątkowo pokojowo nastawiony do świata, a Hiszpanie za niebezpiecznych fanatyków. Nic nie jest przesądzone raz na zawsze.

Dlatego tym większa odpowiedzialność ciąży na prezydencie Putinie za zmarnowane lata. Owszem, udało mu się zaprowadzić w państwie Jelcyna porządek, postawić Rosję jako państwo na nogi, ale na tym poprzestał.

I tak mamy sąsiada zakochanego w swej armii, napędzanego czarnosecinną ideologią, która zastąpiła komunizm - że Zachód jest zły, że jest bez Boga, i że cerkiew to fundament. A do tego z prezydentem, który chciałby wszystko rozwiązywać siłą, i elitą - zepsutą i skorumpowaną.

Taka Rosja może być kłopotem dla Polski, bo mimo wszystko trzeba się zabezpieczyć przed jej złymi humorami. A to psuje też polską debatę, napędza różnych rusofobów.

Ale dla Zachodu taka Rosja jest okazją. Oni się jej nie boją, bo jest daleko, bo to do ich banków Rosjanie transferują ukradzione pieniądze, to w ich miastach kupują nieruchomości i do ich szkół posyłają swe dzieci. Tak jak Putin swoje córki. No i Rosja wciąż daje nadzieję na dobry zarobek. Bo co prawda to gospodarka sporo mniejsza od Włoch, ale da się coś  wykroić.

Tak wygląda wstawanie z kolan i złudzenie wielkości.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy