Reklama

Reklama

Kto (i w jakim układzie) będzie rządził Polską po wyborach?

Zastanawiam się, kiedy do zwolenników Donalda Tuska dotarło, że karta się odwróciła. Najpóźniej powinno dotrzeć po wyborach samorządowych - wtedy przekonaliśmy się ostatecznie, że PO nie ma szans na samodzielne rządzenie, że polska polityka w obecnych czasach to jest gra w trójkącie PO-PiS-SLD.

Sądzę jednak, że ta oczywista oczywistość dotarła do nich później. Tylko kiedy? Po skandalu z rozkładem jazdy na kolejach? Po tym, jak rząd za późno zareagował na konferencję MAK-u? A może wtedy , kiedy rząd zaczął atakować Balcerowicz?

Reklama

Nawiasem mówiąc, atak Balcerowicza na rząd, zwłaszcza w obronie OFE, jest czymś kuriozalnym. Nie wiem, czy Balcerowicz ma tego świadomość, ale spełnia on w tej grze nie rolę obrońcy zasad liberalnych (i tak z OFE mają one niewiele wspólnego), tylko (używając języka Lenina) rolę użytecznego idioty. Jest użytecznym idiotą Kaczyńskiego. Bo atakując Tuska, osłabia go, zwiększając szanse opozycji spod znaku PiS, która na pewno nie będzie dla OFE bardziej przyjazna niż PO. To jest tak jak nie zjeść ciastka i go nie mieć.

Ale, abstrahując od Balcerowicza i jego politycznych talentów, warto pospekulować, jakie obecny układ rodzi możliwości. A rodzi ich niewiele. Bo obserwować będziemy powolne schodzenie Platformy w dół i rozglądanie się wyborców za alternatywą.

Z tego punktu widzenia najlepszym dla Donalda Tuska rozwiązaniem byłyby wcześniejsze wybory, w maju lub w czerwcu. Przeprowadzone szybko, póki jeszcze PO się trzyma. I on pewnie tego by chciał. Tylko jak taką operację przeprowadzić?

Ale, niezależnie od terminu wyborów, sprawa przyszłego rządu rozstrzygać się będzie w trójkącie PO-PiS-SLD. Kto z kim się dogada - ten utworzy rząd.

Najprostszy byłby układ taki, że koalicję PO-PSL wzmocniłby SLD. Łatwo tak powiedzieć, trudniej zrobić. Zwłaszcza że taka koalicja byłaby rozciągnięta jak sznur na bieliznę - od Senyszyn po Gowina (kto ustąpiłby w sprawie in vitro i innych tego typu?), i od Sikorskiego po Iwińskiego. A do tego podzielona w sprawach gospodarczych. Trudno byłoby ją złożyć, a jeszcze trudniej utrzymać.

Innym, prostym układem, byłby PO-PiS. Programowo taki alians byłby najłatwiejszy. Ale, biorąc pod uwagę emocje i szczerą nienawiść Jarosława Kaczyńskiego do Tuska i jego ekipy (wszak zabrali mu fotel premiera!), trudno brać możliwość takiego układu na poważnie.

Więc może PiS-SLD? Mówił już o tym Aleksander Kwaśniewski, przestrzegając przy tym, że oznaczałoby to rozłam w SLD. Leszek Miller też mówił, że taka koalicja jest niemożliwa.

Niemożliwa? Takiego aliansu nie wyklucza młodzież SLD-owska i młodzież PiS-owska - trzydziestolatkowie, którzy chcieliby "sprawdzić się" na ważnych stanowiskach. Ale nie mogą, bo blokują ich starsi partyjni koledzy, no i przede wszystkim blokuje ich istniejący układ, w wyniku którego Platforma ma wszystko.

Oczywiście, te marzenia o wspólnym rządzeniu dobrego świadectwa młodym z SLD i PiS nie wystawiają , nie świadczą dobrze o ich ideowości, przywiązaniu do zasad, szacunku dla wyborców. To jest jasne. Tylko że w polskiej polityce ideowość jest warta niewiele, na pewno mniej niż stołki. I na pewno mniej niż ochota przytarcia nosa "wrogowi".

A dziś największym wrogiem dla Jarosława Kaczyńskiego jest Donald Tusk. Więc choćby po to, żeby mu dokuczyć i odegrać się, przynajmniej częściowo, gotów byłby wejść w sojusz z Sojuszem. SLD gotowy byłby wejść w układ z PiS-em z podobnego powodu. Poza tym, ośmiela ich też fakt, że parę razy z PiS-em wspólnie zagrali i dobrze na tym wychodzili. Na końcu ogrywając kolegów z prawicy.

Nie, nie zamierzam wieszczyć w tym miejscu koalicji SLD-PiS, ona wciąż jest wbrew naturze, te partie dzieli krew Barbary Blidy, ale - jeżeli rozpatrujemy możliwe scenariusze - to rozpatrujmy wszystkie. I spójrzmy dalej.

Otóż, jakakolwiek koalicja wyłoni się po wyborach, to będzie ona słaba, wewnętrznie podzielona i skłócona. A to wymarzona okazja dla tej trzeciej partii. Która będzie zażywać luksusu bycia samodzielnie w opozycji i w sytuacji, kiedy rządzący sami sobie podkładają nogi. Spokojnie więc będzie mogła czekać, aż władza spadnie jej jak gruszka do fartuszka.

Czy wszystko to oznacza, że korzystamy z ostatnich miesięcy względnego spokoju, że za chwilę będziemy mieli dzikie koalicje i burzliwe zmiany rządów?

Tak nie musi być, jest realna szansa na stabilność. W naszej spekulacji nie wspomnieliśmy o jeszcze jednej sile - o prezydencie. Bronisław Komorowski ma spore kompetencje i może być bardzo skuteczny jako patron jakiegoś układu, albo też jako hamulcowy innego. I w obu przypadkach może wiele zyskiwać. Że przypomnę tylko rolę Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy premierem był Jerzy Buzek, i inną rolę, gdy premierem był Marek Belka.

Tak polski system jest skonstruowany, że gdy słabną partie i kanclerz nie jest już kanclerzem, tylko pierwszym ministrem, rośnie rola prezydenta.

Tego w najbliższym czasie powinniśmy się spodziewać.

Dowiedz się więcej na temat: Sojusz Lewicy Demokratycznej | Prawo i Sprawiedliwość | Nie | kim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje