Kto ma władzę, tego jest narracja

To Marks mówił, że kto ma władzę, ten pisze historię. W dzisiejszym świecie słowo "historia" możemy zastąpić słowem "narracja". Kto ma władzę, tego jest narracja, opowieść o świecie, o tym co jest słuszne a co nie, co jest ważne, a co nie jest warte wzmianki.

Jak ktoś nie wierzy, niech poogląda chociażby telewizję publiczną, gdzie rządzi PO (przy wsparciu PSL i Palikota), i zobaczy, jaki świat jest tam kreowany. Jaka pokazywana jest narracja. Choćby taka, że 1 maja w "Wiadomościach" nie było wzmianki o pierwszomajowym pochodzie. Święto państwowe, kilkadziesiąt tysięcy ludzi na ulicach, wśród nich przewodniczący Parlamentu Europejskiego. A tu cisza.

Reklama

W czasach Polski Ludowej 1 maja był liturgicznym świętem tamtej władzy, telewizja pokazywała pochody i przemówienia przez cały okrągły dzień.

W III RP mieliśmy różnie. Był czas, gdy pokazywano pochód jako sentymentalne spotkanie gromady staruszków, bo komuna miała wymierać. Był też czas, kiedy eksponowano pierwszomajowe zamieszki w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. Wiadomo, z przesłaniem, czego można oczekiwać po lewakach. A teraz nic. Wytarte gumką myszką.

Ja rozumiem, że majowym grillowaniem interesuje się więcej Polaków niż pochodem 1 maja. Ale jest podejrzanym pomysłem udawanie, że nic takiego nie miało miejsca, zwłaszcza że przesłanie święta pracy jest jak najbardziej aktualne, i daleko wykracza poza partyjne interesy - w Polsce nożyce między najlepiej i najgorzej zarabiającymi są zbyt mocno rozwarte.

Ci najmniej zarabiający zarabiają za mało, a krezusi za dużo. Trzeba to zmienić. I nie jest to postulat rewolucyjny, tylko postulat lepszego i bardziej efektywnego urządzenia naszego kapitalizmu.

Ja wiem, że każda próba dyskutowania o tym kończy się albo gwizdami, albo wyłączeniem wizji i fonii. Słowa, by podnieść płacę minimalną, spotykają się natychmiast z krzykiem, że zawali to polskie firmy, zniszczy ich konkurencyjność. I pokazywany jest właściciel jakiegoś biznesu, który bijąc się piersi zapewnia, że ledwo wiąże koniec z końcem.

Nie dajmy się nabrać na takie triki.

Za plecami tego właściciela chowa się cały establishment, któremu jest dobrze, i który nie chce żadnych zmian. Platforma, układ powiązań, który zbudowała, temu właśnie służy, żeby było jak jest.

Za plecami tego właściciela chowają się też tysiące dobrze ustawionych i pobierających sute pensje tzw. menedżerów, z których tylko niewielki procent pracuje na swoim. Kryją się interesy zarządów wielkich firm, także tych wyprowadzających zyski za granicę.

Ich szefowie będą opowiadać, że globalizacja, że trzeba oszczędzać, ciąć płace, a jednocześnie przydzielają sobie sute pensje, i sute premie. Zabiorą pracownikowi 50 zł, sobie dadzą 50 tys. Ich hasło "oszczędzajmy!" nie dotyczy. W ten sposób rosną fundusze płac w firmach. To znaczy jednym rosną, a u innych konstans. Ludzie to widzą! I jak reagują?

Nie ma co się nad takim pytaniem zastanawiać - to jest oczywiste. Jak ma reagować pracownik, który zarabia 2-3 tysiące, na apel o lepszą wydajność, kiedy wie, że jego szef kasuje co miesiąc 20 razy więcej? Czy będzie miał ochotę zostać po godzinach, czy też zasypać zarząd pomysłami, by firma lepiej działała? Szczerze wątpię.

Czy szef, który zarabia od pracownika 20 razy więcej, będzie potrafił pogadać z nim, osobiście go zmobilizować do pracy? Może jeden na dwudziestu. Bo reszta schowa się w gabinecie. Jaka atmosfera może być w takiej firmie? Czy taka sytuacja nie prowadzi do pęknięcia społeczeństwa? Na wzajemnie sobie nie ufające, nienawidzące się grupy?

Polska w ciągu dziesięciu lat obecności w Unii zwiększyła swój PKB prawie dwukrotnie - czy odczuwamy to, korzystając ze służby zdrowia? Czy wpłynęło to na poziom bezrobocia? Na uspokojenie nastrojów społecznych?   

Rosnące rozpiętości zarobków nie są już więc w naszych czasach kłopotem ideowych lewicowców, a stają się kłopotem tych, którzy chcieliby efektywniejszych firm, i bardziej drapieżnych. A także marzą o stabilnym, dobrze współpracującym społeczeństwie, w którym obywatele identyfikują się z własnym państwem i jego instytucjami.

Jest już sporo opracowań, które dowodzą, jak nierówności źle wpływają i na firmy, i na społeczeństwa. Z przeprowadzonych w Niemczech badań dotyczących konkurencyjności przedsiębiorstw wynika, że decyduje o tym nie elastyczność zatrudnienia, możliwość zwalniania, czy też niskie płace, ale kompetencje i lojalność załogi.   

Badania dotyczące społeczeństw również potwierdzają prostą tezę - tam, gdzie występują duże rozpiętości w dochodach mamy większą przestępczość, większe natężenie chorób, także psychicznych, większą korupcję, gorzej działające instytucje. Naruszone jest poczucie sprawiedliwości, poczucie ładu i narodowa spoistość.

Nadmierne bogactwo grupy najbogatszych destabilizuje państwo (to nam, na szczęście, na razie nie grozi). Ale gdy spojrzymy w naszą historię, to widać, kiedy I Rzeczpospolita była silna, i jak upadała rozrywana interesami magnatów. Nawiasem mówiąc, warto zbadać, w jakim stopniu współczesną Ukrainę zdestabilizowali jej oligarchowie.

Dyskusja o nierównościach jest więc w Polsce potrzebna, nie unikniemy jej, nawet jeżeli wzmianki o niej ukrywać będą media, a establishmentowi dziennikarze pukać się w czoło.

Oni zatrzymali się w czasach, kiedy wchodzili w dorosłe życie - 25 lat temu. Wtedy pochwała nierówności i szybkiego bogacenia się miała być tym, co rozbije przyzwyczajenia 40 lat PRL-owskiego socjalizmu. Zmobilizuje ludzi do aktywności, rozrusza zastygłe struktury. Ale od tego czasu minęło ćwierć wieku. Polska jest już inna. I najwyższa pora wyciągnąć wnioski.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy