Odbudowa

Rok 2015 będzie dla życia politycznego rokiem ważnym. Będziemy mieli w najbliższych miesiącach wybory prezydenckie, a potem parlamentarne. Ale życie publiczne to nie tylko elekcje, to także momenty refleksji nad przeszłością, nad naszą tożsamością.

2014 był pełen wielkich rocznic - Powstania Warszawskiego, roku 1989, wejścia do NATO i do Unii Europejskiej. OK., ale i rok obecny ważnych jubileuszy nie będzie pozbawiony. Wśród nich  m.in. rocznica zakończenia II wojny światowej i rozpoczęcia zagospodarowania Ziem Odzyskanych.

Reklama

Przejęcie tych ziem (wcześniej nazywanych, co znamienne, "postulowanymi") to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Polski. Wydarzeń w czasach panowania po-Solidarności pomijanych i zohydzanych.

W ostatnich 25 latach Sejm przyjął setki uchwał dotyczących polskiej historii. M.in. wspominał tzw. żołnierzy wyklętych, powojenne represje, upamiętniał  Polaków na ziemiach włączonych po roku 1939 do ZSRR. Ale już o tych samych Polakach, którzy po wojnie zagospodarowywali ziemie zachodnie, nie wspomniał ani razu. Nic!

Z historii Polski został wyjęty jeden z jej najważniejszych fragmentów - czas powojennej odbudowy, czas osadników, czas przejmowania i zagospodarowania miast Dolnego Śląska, Ziemi Lubuskiej, Pomorza Zachodniego, Warmii i Mazur.

Ba! O Ziemiach Odzyskanych, i tych którzy je zagospodarowywali,  dzisiejsi "historycy" i publicyści mówią lekceważąco, a często i ze wstydem. Jak? Że to prezent od Stalina, więc nie ma czym się chwalić. Że była to rekompensata za utracone kresy wschodnie i i to one miały wartość, a Wrocław, Szczecin czy Olsztyn to nie nasze, to obce. Że na Ziemie Odzyskane przeniesiony został "gorszy sort" Polaków. Zacofani cywilizacyjnie przesiedleńcy zza Buga, nie wiedzący, co to wodociąg czy WC, hodujący świnie w wannie. Że był to czas gwałtów i szabru. Że hasło Ziemie Odzyskane to komunistyczna propaganda.

Innymi słowy, na naszych oczach ma miejsce rewizja polskiej historii, deprecjonowanie osiągnięć pokoleń.

Prawicowy antykomunizm, który zawładnął myśleniem nie tylko polityków PiS, ale także wiodącej części PO, buduje własną historię, z białymi plamami. Historia Polski w tej narracji sprowadzona jest do wersji cierpiętniczej, walki z Moskwą i nieszczęść, które na nasz kraj spadają. A takie osiągnięcia, jak powojenna odbudowa kraju czy zagospodarowanie Ziem Odzyskanych, odbudowa zniszczonych portów i fabryk, są pomijane, wstydliwie przemilczane.

Skończmy z tym wstydem! Odbudowa i unifikacja kraju to były epokowe dzieła! To one stworzyły dzisiejszy kraj! A nie powojenna konspiracja.

Polacy w roku 1945 mogli stanąć do odbudowy albo pogrążyć się w rozpaczy. Wybrali to pierwsze. Trzeba było się wystarać, żeby nasza zachodnia granica oparła się o Nysę Łużycką, żeby polska była Kotlina Kłodzka. To, że Szczecin jest Polski, to nie tylko decyzja Stalina, ale i zasługa pierwszego polskiego prezydenta tego miasta Piotra Zaremby, który - wyrzucany przez rosyjskiego wojskowego komendanta - trzykrotnie wracał i przechylił szalę na polską stronę. Pisałem o tym wielokrotnie i chętnie to powtórzę: Piotr Zaremba zrobił dla Polski więcej niż tzw. żołnierze wyklęci. A takich jak on było więcej.

To były miliony Polaków, którzy włączyli się w powojenną odbudowę. W roku 1945 jeszcze nie było zadekretowane, jak będzie wyglądała Polska. Owszem, wiadomo było, że wpadła w rosyjską strefę wpływów. Ale jak to będzie wyglądało w praktyce - to jeszcze nie było przesądzone. Więc do Polski wracali tacy ludzie, jak Stanisław Grabski, jak Eugeniusz Kwiatkowski, Oskar Lange. Aleksander Gieysztor, żołnierz Powstania Warszawskiego i jeden z kierowników Biura Propagandy i Informacji AK, mówił otwarcie - kończymy z konspiracją, zakładamy uniwersytety. A wspomniany Grabski mówił przyjaciołom w Londynie - Polska na 50 lat wpadła pod wpływy rosyjskie, ale trzeba do Polski wrócić, bo tylko tam można coś dla niej zrobić...

Sam Gomułka też wtedy uważał, że komuniści są za słabi, by przejąć całkowitą władzę, więc próbował, wbrew Moskwie, się dogadywać.

Nie, nie był to żaden demokratyczny projekt, nikt nie miał takich nadziei, to był projekt zbliżony do modelu sanacyjnego (Gomułka znał tylko ten oraz komunizm realny Józefa Wissarionowicza), wraz z głębokimi  przemianami społecznymi, którymi towarzyszyłyby reforma rolna, nacjonalizacja i powszechna edukacja. I zawężenie życia politycznego do dwóch, trzech ugrupowań, z dominującą pozycją PPR.

To po dwóch latach się skończyło, Gomułka trafił do więzienia, tyle miał szczęścia, że szybciej umarł Stalin niż zakończyli swoje prace śledczy. Więc przeżył. Co tysiącom innych się nie udało...

Ale zatrzymajmy się w roku 1945. Wtedy Gomułka był też ministrem Ziem Odzyskanych, zresztą bardzo sprawnym.  A u jego boku, i to w randze wiceministrów, widzimy działaczy Polskiego Związku Zachodniego, przed wojną związanego z endecją, i szczególnie przez Niemców znienawidzonego.

Prawico, też masz swoich budowniczych!

I urzędy repatriacyjne, i Ministerstwo Ziem Odzyskanych, tysiące tyrających za miskę zupy ludzi, sypiających niejednokrotnie z pistoletem pod głową, zmieniło historię. Dziś tych ludzi żyje jeszcze garstka. Doceńmy ich.

Bo w ciągu tych 60 lat zmieniło się wszystko. Poumierali imperatorzy, poupadały państwa, zmieniły się ustroje i podręczniki do historii. A Polska tam została.

Więc stoimy przed wyborem - czyją drogę wybieramy? Kogo stawiamy za wzór? Czy tych, którzy odgruzowywali Warszawę, odgruzowywali Wrocław, stawiali portowe dźwigi w Szczecinie, zakładali polskie szkoły w Zielonej Górze? Czy ma nim być Józef Franczak "Lalek", który okrzyknięty został ostatnim żołnierzem wyklętym, do roku 1963 ukrywał się po lasach, i dziś jego nazwiskiem nazywane są ulice?

Musimy się z tym zmierzyć. Bo, póki co, jesteśmy nacją, która sama się oszukuje. A to przeszkadza.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje