Reklama

Reklama

​Oddaj życie za ojczyznę

Żołnierze wyklęci są ojcami naszej niepodległości - ogłosił z dumą premier Morawiecki, i to tylko pokazuje jaki ma mętlik w głowie.

Owszem, mogłaby go tłumaczyć taka sytuacją, że byłby z wykształcenia ekonomistą, bankowcem, można byłoby więc domniemywać, że nie uważał na lekcjach historii, inne rzeczy go interesowały. Niestety, w przypadku Morawieckiego ten argument odpada - bo jest z wykształcenia... historykiem.

Reklama

Ech...

Nie jestem zwolennikiem cytatów, zwłaszcza takich, które mignęły w mediach dzień wcześniej, ale tym razem nie sposób tego uniknąć. Otóż, z okazji Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych premier wygłosił takie oto słowa: "- Roman Dmowski mówiąc o walce o niepodległość, mówił, że w tej walce nie ma miejsca na kompromisy: albo zwyciężamy albo giniemy. Jednak nasi Żołnierze Wyklęci i ich towarzysze broni z czasów II wojny światowej i wcześniejszych powstań ginęli i zwyciężali, bo ten posiew wolności, który oni poczynili, był niezbędny do odzyskania niepodległości przez Polskę lata później. Można pytać: czy było warto, czy warto było oddać życie za ojczyznę? Dla mnie odpowiedź jest jednoznaczna: było warto i warto, aby wszyscy Polacy byli gotowi oddać życie, poświęcić się całkowicie za swoją ojczyznę.

(...) A więc Żołnierze Wyklęci są ojcami Solidarności i poprzez to są ojcami naszej niepodległości".

Parę zdań, a tyle bujd. Bo w tej opowieści Morawieckiego ani nie jest prawdziwy Dmowski, ani nie są prawdziwi wyklęci, no i przyczyny powstania "Solidarności", a także przełomu roku 1989 również były inne, niż on to opowiada.

A zobowiązanie, byśmy byli gotowi umierać za ojczyznę - brzmi jak z taniej propagandówki.

Ale zacznijmy od Dmowskiego. Otóż mówienie, że mógł on, mówiąc o walce narodu używać słów "albo zwyciężamy albo giniemy", świadczy o kompletnej niewiedzy, niezrozumieniu jego sposobu myślenia. Dmowski zżymał się, że mówiąc o powstaniach reagujemy na nie uczuciowo. A w "Polityce polskiej i odbudowaniu państwa" (przytaczałem już kiedyś ten cytat) pisał tak:

"Ileż to ludzi w trzech pokoleniach słuchało z rozrzewnieniem patriotycznym słów pieśni:

Powstań Polsko, skrusz kajdany -

Dziś twój triumf albo zgon...

Co do mnie, to te słowa obrażają moje najgłębsze uczucia, mój zmysł moralny. Człowiek, który w tym wypadku myśli to, co śpiewa, jest przestępcą. Sama myśl o tym, że Polska może skonać, jest zbrodnią.

Wolno każdemu, może być obowiązkiem, zaryzykować wszystko, co jest jego osobistą własnością, oddać majątek, przynieść życie w ofierze. Ale bytu Polski ryzykować, jej przyszłości przegrywać nie wolno ani jednostce, ani organizacji jakiejkolwiek, a nawet całemu pokoleniu. Bo Polska nie jest własnością tego czy innego Polaka, tego czy innego obozu, ani nawet jednego pokolenia. Należy ona do całego łańcucha pokoleń, wszystkich tych, które były i które będą. Człowiek, który ryzykuje byt narodu, jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi".

I to jest w zasadzie odpowiedź Dmowskiego nie tylko na los powstań XIX wieku, ale i Powstania Warszawskiego, losu Żołnierz Wyklętych, a i myślę - także stanu wojennego.

Że prawdziwy patriotyzm to nie egzaltowane gesty, tromtadracja, ale kierowanie się oceną sytuacji i rozumem. Czego premierowi Morawieckiemu życzę.

Druga rzecz - Żołnierze Wyklęci.

Szef rządu ich sławi, stawia nam za wzór, a przecież byli to nieszczęśliwi ludzie, którzy wpadli w pułapkę historii. Nie mieli żadnych szans, bo wybuchu III wojny światowej nikt nie chciał, pozostało im tylko dogorywać po lasach. Więc te oddziały albo się rozsypywały, albo były wybijane przez KBW, większej wartości bojowej przecież nie miały.

Troską ludzi, którzy mieli jakieś w tamtym czasie wpływy było przepchnięcie amnestii, wyciągnięcie ich z lasu, żeby wrócili do żywych, ułożyli sobie jakoś życie. Pisze o tym m.in. Stefan Korboński, wybitny polityk PSL, przedstawiając w książce "W imieniu Kremla", jak Polska powojenna przejmowana była przez PPR i Moskwę. Ale jeszcze jacyś ludzie, z PSL, z PPS, z profesury, mogli w różnych sprawach lobbować.

Nie we wszystkich - bo "wyklęci" to nie była jednolita grupa, zbyt wiele było tam różnych watażków, oszalałych narodowców, ludzi zniszczonych moralnie latami wojny. Ich morderstwa budzą obrzydzenie. "Wyklęci" zamordowali około 5 tys. cywilów, w tym 187 dzieci do lat 14. Cywilów, to znaczy, najczęściej to wyglądało tak, ze zabili chłopa, bo nie chciał dać im świni, albo ostatniej krowy, a potem wystrzelali jego rodzinę. Albo napadli na sklep.

Albo też, a to już są "wyczyny" band "Burego" i "Szarego", pacyfikowali wsie, bo były, jak Zaleszany czy Wierzchowiny, białoruskie, albo ukraińskie. Wtedy mordowali, jak idzie... Mężczyzn, kobiety, dzieci. Aż nasuwa się pytanie, czy premier Morawiecki też do tej tradycji chce nawiązywać?

A może do tradycji "Ognia", któremu wystawiono pomnik, ale nie w jego stronach, w Waksmundzie, tylko w Zakopanem? Czy też chce brać na siebie jego morderstwa? Polaków, Słowaków, Żydów... Nauczycielki w siódmym miesiącu ciąży... Nawet Niemcy nie zabijali ciężarnych kobiet...

Czy to był ten "posiew wolności", o którym mówił Morawiecki?

Historia przyznała rację nie im, tylko tym którzy poszli odbudowywać Polskę, odgruzowywać miasta, zagospodarowywać ziemie zachodnie. Słyszałem w radiu Bronisława Komorowskiego, którego ojciec był najpierw w partyzantce AK na Wileńszczyźnie, potem wcielono go do II Armii Wojska Polskiego. Mówił o zdjęciu ojca z kolegami z oddziału. Było ich dziewięciu, siedmiu potem zostało profesorami.

Więc chyba dobrze, że wyszli z lasu, że oddali swoje siły, swoje zdolności Polsce... Chyba lepiej, niż gdyby gdzieś leżeli w zbiorowej mogile... A o ileż Polska byłaby silniejsza, gdyby udało się ocalić i innych? Także tych młodych z Powstania Warszawskiego?

A "Solidarność"? To kolejny mit, że "wyklęci", czy choćby wspomnienie o nich o czymkolwiek zadecydowało, tak w roku 1980, jak w roku 1989. "Solidarność" to dziecko socjalizmu, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza rzucała PZPR rękawicę. Co miał wspólnego z "wyklętymi" Lech Wałęsa? A Anna Walentynowicz? Albo Jacek Kuroń? Albo Karol Modzelewski? Albo Jan Olszewski? Czy Lech Kaczyński?

To były inne czasy, inne sprawy zaprzątały głowy.

A rok 1989? Toż najpierw był to Gorbaczow, uzgodnienia na szczytach świata, a potem Jaruzelski, Okrągły Stół, i przekazywanie władzy. Tam też "wyklętych nie było".

Mity o "wyklętych" dorabia sobie obecna władza ex post, żeby legitymizować swoje panowanie. Trochę też z teatralnej potrzeby. Podbija się bębenek emocji, premier może wołać, że warto jest życie poświęcać za ojczyznę.

Nic go to nie kosztuje. Może mówić co chce. Takich czasów dożył. Choć dobrze byłoby, gdy miał świadomość, komu te czasy zawdzięcza.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy