Po wigilii w Radomiu. Kilka twarzy dzisiejszej Polski

W internecie furorę zrobił filmik z ulicznej wigilii w Radomiu, pokazujący jak pewna pani ściąga ze stołu butelkę oranżady i chowa ją do torebki. Miał być poczęstunek, śpiewanie kolęd, dzielenie się opłatkiem, a wyszedł szaber. Organizatorzy rozstawili stoły, a goście - owszem, przyszli - ale zamiast wieczerzać, pozbierali co się da, i sobie poszli.

Ta cała sytuacja pokazuje nam kilka twarzy dzisiejszej Polski, zupełnie różnych, zresztą filmik z Radomia różnych Polaków pokazał. I tych, którzy dzielili się opłatkiem, i tych co czyścili stoły. Cóż, taka jest Polska, tych co korzystają z okazji - nie brakuje. Tym się różnią, że jednemu trafia się okazja na ulicy w Radomiu, innemu na Giełdzie Papierów Wartościowych, jeszcze innemu na etacie w państwowej firmie - i ciach. Bierze. Wystarczy posłuchać - wiadomo, że w wielkich sklepach bardziej trzeba uważać na personel niż na klientów, że w zakładach mięsnych za bramę potrafią "wychodzić" dziesiątkami kilogramów polędwice i schaby, a policjant z drogówki to najpierw pyta delikwenta gdzie pracuje, a dopiero potem przystępuje do spraw zasadniczych. I tak dalej.

Reklama

Ba! Niektórzy wręcz są skłonni przyjmować fatalistyczne tezy, że historia nas zdeterminowała. Że musiały wyryć niezatarte ślady na narodowej psyche czasy, kiedy chłopi pańskie pola i lasy uważali za rodzaj darmowej spiżarni, a szlachta z kolei brzydziła się jakiejkolwiek pracy, powodzenia szukając w czapkowaniu na magnackich dworach.

Z tego punktu widzenia "chciwa baba z Radomia" nie jest nikim innym, jak typową Polką, z całą historią swego narodu, prezentującą rozpowszechniony w społeczeństwie (chłopskim przecież) kult zaradności. Każdy orze jak może; tym chata bogata co ukradnie tata; wstyd to kraść i wpaść - to przecież powiedzenia głęboko w polskiej duszy siedzące, podobnie jak i podziw dla tych, co potrafią "skompinować". Typy tego rodzaju zaludniają przecież szeroko komedie Barei, przedstawiane są jako osoby sympatyczne, swojskie, i być może ten fakt tłumaczy, dlaczego komedie te uważane są za świeże, ponadczasowe i kultowe.

No dobrze, ale do tego obrazu aprobaty cwaniactwa wkradł się obcy element. Ten obcy element, to rozlewające się w sieci oburzenie. Doceńmy to. Jeszcze dwadzieścia lat temu na ten filmik reagowano by śmiechem, na zasadzie - a to cwaniara! Teraz woła się - złodziejka!

Jest to sygnał pokazujący jak Polacy się zmieniają, jak stają się coraz bardziej zasadniczy.

Potwierdzają to zresztą inne przykłady - w czasach PRL skacowanego kolegę kryło i leczyło pół zakładu, dziś nie przeżyłby nawet godziny. Kiedyś na spóźnialskich przymykano oczy, wyjścia z pracy na miasto były na porządku dziennym, dziś to nie do pomyślenia.

Dla tej nowej generacji, Polaków zasadniczych, "chciwa baba" nie jest więc pocieszną cioteczką, tylko wyrzutkiem. Tak oto nowe zderza się ze starym.

Ale do tego dodałbym jeszcze jeden element. Otóż - tak jak tropem pozwalającym ocenić społeczeństwo jest zdecydowana reakcja na jakieś zjawisko, tak samo tropem jest jej brak. Brak reakcji jest też reakcją. W tym przypadku - mieliśmy głosy oburzenia, i koniec. I milczące uznanie, że wigilie dla ubogich są w Polsce rzeczą naturalną, że rzeczą oczywistą jest, że przybywa tych inicjatyw w kolejnych miastach, i przybywa uczestników.

Innymi słowy - rozszerza się, mimo pięknych zapewnień rządu, sfera ubóstwa, dla coraz większej ilości osób takie wigilie to okazja na dobry posiłek, a jednocześnie - mało kogo to rusza. Mało kogo zastanawia, że aż tak wielu Polaków bierze w nich udział, że aż tak głęboka jest bieda. Akceptacja dla biedy, a jednocześnie brak delikatności wobec osób, które mają kłopoty - staje się czymś naturalnym. Kiedy w szkolnych stołówkach zaczęły pojawiać się dwa okienka - jedno z "normalnymi obiadami" i drugie z obiadami refundowanymi, dla dzieci z uboższych rodzin - dyrekcji ta selekcja zupełnie nie przeszkadzała. Było wielkie zdziwienie, o co chodzi...

Jeżeli przysłuchamy się publicznej debacie, tych jej resztek, które czasami przebijają się przez smoleńską mgłę, to uderzające jest, jak wiele rzeczy uważamy za naturalne, jak przesunęły się granice naszej akceptacji. Uznajemy za naturalne, że państwo wycofuje się z obszaru ochrony zdrowia, edukacji, pomocy osobom starszym i zniedołężniałym. I obłudnie przyjmujemy, że tych, których abdykacja państwa dotyka, po pierwsze, jest niewielu, po drugie - są sami sobie winni, a po trzecie - zawsze ktoś nimi się zajmie, jakaś charytatywna inicjatywa.

To reakcja płytka. To nieuzasadnione poczucie wyższości.

Myślę, że najwyższa pora, by otwarcie mówić - żadna działalność charytatywna nie zastąpi państwa. Nie ta skala! Że państwo ma obowiązki, i musi je wykonywać. I że musimy być także świadomi, że rozwierające się nożyce rozwarstwienia to żaden sukces, że to kłopot. I wielki wstyd.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje