Reklama

Reklama

Pokaz strachu i siły

Oto nowy wróg naszego świata. Muammar Kadafi. Faktycznie - despota, nie ma dwóch zdań. Aczkolwiek chciałbym zauważyć, że rządzi on Libią od roku 1969, więc było czasu aż nadto, by na nim się poznać. Jeszcze pół roku temu był przez Zachód traktowany z pełnym szacunkiem. Odwiedzał go Sarkozy, odwiedzał Berlusconi, w Libii inwestowały amerykańskie koncerny. Zachód robił w Libii wspaniałe interesy. Mówiono więc o nim, że się zmienił, że polubił Amerykę, a nie lubi Al-Kaidy. I proszę - teraz wróg.

W telewizji usłyszałem, że dlatego, że strzela do własnych obywateli, którzy się buntują.

Reklama

Ha! Student pierwszego roku stosunków międzynarodowych może z rękawa wyliczyć kilkudziesięciu dyktatorów, którzy strzelają do swych obywateli i wsadzają ich do więzienia. Ale im, póki co, niewiele grozi. Widocznie nie są aż tak jak Kadafi niebezpieczni.

Od niedawna niebezpieczni, bo - o ile pamiętam - Kadafi dwa tygodnie temu też strzelał do swoich, ale wtedy świat milczał. Dopiero jak szala w wojnie domowej zaczęła przechylać się na jego stronę - Zachód zareagował. Teoretycznie, by bronić ludność cywilną. Taki uzyskał mandat ze strony Rady Bezpieczeństwa ONZ, i ze strony Ligi Państw Arabskich.

Mandat, mandatem - Liga Państw Arabskich zdążyła już, po pierwszych godzinach bombardowań, wydać pełne zaniepokojenia oświadczenie. "Chcemy ochrony cywilów, a nie zrzucania bomb na innych cywilów" - usłyszeliśmy.

Jak więc możemy się domyślać, nie o cywilów w tej wojnie chodzi (jakby kiedykolwiek w jakiejś wojnie o nich chodziło).... Więc o co?

Opowieści, że chodzi o demokrację są raczej z gatunku science-fiction. I w Libii, i w innych państwach arabskich, nie ma warunków, by mogła tam funkcjonować liberalna zachodnia demokracja, i tak twierdzą zgodnie wszyscy znawcy rejonu. W zasadzie wybór jest niewielki. Jedyne nieplemienne struktury w państwach tego regionu ma armia i meczet. Albo więc będziemy mieli autorytarną władzę, opartą o armię, albo o religię i imamów. Sprawą kosmetyczną jest już na ile ta władza będzie represyjna i brutalna.

To wszystko Ameryka wie, wie także jak beznadziejne są interwencje w państwach islamskich, bo przecież utknęła w Afganistanie, o Iraku nie wspominając.

Najprostsza odpowiedź, która tłumaczy interwencję, brzmi więc, że chodzi o obalenie Kadafiego, o zastąpienie go kimś innym. Zastąpienie tego skurwysyna, naszym skurwysynem.

A dlaczego? A co dalej? Czy, oprócz rozprawy z Kadafi, interwentom przyświeca jakaś myśl?

Sądzę że dwojakiego rodzaju.

Pierwsze przekonanie, idealistyczne, głosi, że nawet jeżeli dziś państwa islamskie mają kłopoty z przyjęciem demokratycznych zasad, to nie znaczy, że ich nie przyjmą w przyszłości. Obserwując protesty młodzieży w Tunezji, w Egipcie, (a także w Iranie) widzieliśmy, jaki porządek ich fascynuje. Więc zastąpienie twardego reżimu, reżimem bardziej miękkim, też jest grą wartą świeczki.

Ale jest też realpolitik. Arabska Zima Ludów dotknęła także Bahrajn, Syrię, Jemen. Skorumpowane, zmęczone władzą reżimy, chwieją się i padają.

Do głosu dochodzi ulica, religijna, antyamerykańska, antyzachodnia.

Interwencja w Libii jest więc pokazem strachu i siły.

Pokazem strachu - bo Ameryka boi się arabskiej ulicy, i rządów imamów. Pokazem siły - bo interwencja jest czytelnym sygnałem wysłanym do przywódców państw islamskich: to my decydujemy, kto rządzi, to my obalamy i my ustanawiamy władców. Armia w Egipcie, która odsunęła Mubaraka, zawiesiła konstytucję, i która wybierze prezydenta, jakiego będzie chciała, jest O.K. Kadafi, który obronił się przed zbuntowaną częścią swych współpracowników - jest do odstrzału.

A wszystko po to, by i tu i tam, ustanowić reżim, który będzie skuteczną zaporą przed islamistami. (Tak jak 40 lat temu popierano reżimy, które miały być zaporą przed lewicującymi, buntującymi się oficerami). No i taki, który będzie z Zachodem "współpracował" (wiadomo o co chodzi).

Czy to będzie skuteczne?

Nie wiadomo, na razie wygląda to na grę na czas. Mało zręczną, bo wzrost nastrojów antyamerykańskich i antyzachodnich mamy w regionie murowany. I wszystkie związane z tym konsekwencje.

Ameryka na interwencji nie zyskała, pytanie tylko, na ile uda się jej zminimalizować straty.

A kto zyskał?

W wymiarze regionalnym zyskał Iran.

Jeszcze pół roku temu to jemu grożono interwencją. Teraz może odetchnąć. Ba, teraz przeszedł do ofensywy. Irański okręt wojenny przepłynął Kanał Sueski i wszedł na Morze Śródziemne, wysłannicy Iranu docierają do szyickich imamów, no a przede wszystkim do świata muzułmańskiego dociera prosty przekaz - Ameryka może obalić każdego dyktatora, chyba że jest on silny i cieszy się poparciem społeczeństwa. Irański prezydent Ahmedineżdad w wystarczającym stopniu spełnia te oba warunki, więc i USA Iranu nie zaatakowały.

To każdy już wie.

W wymiarze globalnym zyskała Rosja.

Rosja podczas głosowania w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nad interwencją w Libii wstrzymała się od głosu. Nie mogła być przeciw, bo oskarżono by ją, że chroni dyktatora. A że to już nie jest "jej" dyktator - więc się wstrzymała. W ten sposób zgodziła się na interwencję, choć werbalnie jest jej przeciw.

Ta interwencja to dla niej wielki prezent - bo ceny ropy idą do góry. Więc i Rosja zarabia.

Poza tym, gdy Stany Zjednoczone mają kłopoty, muszą szukać sojuszników. Wpływowych ma się rozumieć, a nie takich kieszonkowych.

Więc Ameryka o względy Rosji zabiega, i gotowa jest płacić za nie wysoką cenę. Choćby taką, że daje się Moskwie wolną rękę do działań na obszarze byłego ZSRR, co ona skwapliwie wykorzystuje. Ma rozwiązane ręce w walce z Czeczenami i ich sojusznikami (pod hasłem walki z islamistami). No i w dyscyplinowaniu bliskiej zagranicy, o czym rychło mogą przekonać się (obym był złym prorokiem) na przykład Gruzini.

Taka jest logika międzynarodowej szachownicy. Dlatego też ze zdumieniem przeczytałem komentarz pani Fotygi, która "zdemaskowała" premiera Tuska. I napisała, że Rosja w Radzie Bezpieczeństwa się wstrzymała, Tusk z kolei nie przystąpił do państw atakujących Libię (nawiasem mówiąc, czym mielibyśmy ją atakować? Tymi paroma psującymi się F-16?), więc wiadomo, z kim trzyma.

Nie jestem szczególnym admiratorem polityki zagranicznej Donalda Tuska, oceniam, że jest dość płytka, nastawiona na krótkotrwały efekt, podszyta strachem przed oskarżeniami o "zaprzaństwo". Nie ma w niej zbyt wiele wizji, a i realpolitik jest niewiele. No, ale przy gaworzeniu pani Fotygi, to Wersal, Talleyrand, i wielka finezja w jednym.

Robert Walenciak

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje