Polska nie powinna uznać wyroku

Po 100 tys. euro odszkodowania mają dostać dwaj terroryści, którzy podobno w amerykańskim więzieniu, zlokalizowanym w bazie w Kiejkutach, byli przetrzymywani i torturowani. Tak orzekł Europejski Trybunał Praw Człowieka. Wszystko - co związane jest z tym wyrokiem - jest „podobno”. Więźniowie nie wiedzą gdzie byli, ale pili wodę z butelki z podobno polskim napisem. To wystarcza. Plus zapisy lotów. I artykuły pisane na podstawie „wiarygodnych źródeł” w amerykańskiej prasie.

Sorry, ale gdyby na takiej podstawie ferować wyroki, to w Polsce rychło byłoby więcej więźniów niż zwykłych obywateli. Choćby z tego powodu Polska nie powinna wyroku uznać i natychmiast od niego się odwołać. Ale to powód, że tak powiem, formalny.

Reklama

Drugi powód, znacznie ważniejszy, jest natury moralnej. W przestrzeni publicznej krążą opowieści o łamaniu więźniów irackich i afgańskich, o torturach, są wyroki sądów (oparte na dowodach), te sceny można też obejrzeć w filmach fabularnych. Sympatycznie to nie wygląda.

Ale natychmiast tracę dla ofiar tortur jakiekolwiek współczucie, gdy widzę obrazy ludzi ginących w Word Trade Center, skaczących przed ogniem po śmierć, gdy widzę materiały z wysadzonego pociągu w Madrycie czy w Londynie. Tam, w męczarniach, śmierć poniosło tysiące niewinnych ludzi. Ginęły dzieci. I w tym momencie każdy człowiek staje przed prostym, zerojedynkowym wyborem - za kim jest? Po czyjej stronie?

Czy polewanie wodą terrorysty, by wydał swoich kolegów, planujących kolejny atak, to niedopuszczalna tortura, czy też bolesna konieczność? Jak, zdaniem pana Piniora, głównego polskiego oskarżyciela w sprawie więzień CIA, powinno wyglądać takie przesłuchanie?  Dzień dobry, czy kawa smakowała? A śniadanie? A jakie menu wybrałby szanowny pan na obiad? A może zechciałby pan opowiedzieć o swoich kolegach? Nie? A, to przepraszamy...

W tamtym czasie, gdy Al-Kaida miała swoje wielkie dni, obowiązkiem państw zachodnich (a do nich się Polska zalicza) był udział w antyterrorystycznej koalicji. Bo to Zachodowi bin Laden wydał wojnę.

Polska swój obowiązek wypełniła. I nie ma jakichkolwiek wątpliwości - gdyby w tym czasie premierem nie był Leszek Miller, tylko Jerzy Buzek albo Jarosław Kaczyński, albo Donald Tusk - każdy z nich postąpiłby tak samo. I oni to wiedzą.

Ba! Wyobraźmy sobie taką sytuację, że Miller, w roku 2002, zaczyna kręcić nosem i wycofywać się ze współpracy z Amerykanami... To przecież ci sami dziennikarze, którzy dziś atakują Millera za współpracę z CIA, wtedy ukamienowaliby go jako osobę podejrzaną! Więc, jeśli on jest sprawcą jakichś przestępstw, to oni do nich podżegali.

W takich sprawach też musimy pamiętać, w jakich okolicznościach zdarzenia miały miejsce. Jaka atmosfera w kraju panowała. 

Myślę, że te i inne argumenty zostały wzmocnione poprzez jeszcze jedno wydarzenie - otóż wojna na wschodzie Ukrainy pokazuje nam, że pokój to nie jest coś dane raz na zawsze. Że dziś, owszem, Polska jest bezpieczna, ale kto wie, co będzie jutro? Jeżeli więc dziś nasz rząd domaga się od Ameryki, by poczyniła kolejne kroki, aby bezpieczeństwo Polski wzmocnić, to mamy ku temu właściwy mandat - w wojnie z terrorystami swój obowiązek wypełniliśmy.

Gdy mowa o tej wojnie, nie sposób nie zauważyć, że ona trwa, że zabicie bin Ladena tylko na jakiś czas powstrzymało wojujący islam. Że dżihadyści na terenach, na których prowadzą wojnę, są coraz bardziej brutalni i bezwzględni.

Nie trzeba wielkiego wysiłku, by znaleźć w internecie filmiki i zdjęcia, którymi dokumentują swoje zbrodnie. Parę kliknięć i widzimy, jak jeżdżą szosą prowadzącą do Bagdadu i strzelają, wykonują wyroki na kierowcach i pasażerach wybranych samochodów. Widzimy śmierć na żywo, trupy, krew... Dzikością popisują się tzw. bojownicy kalifatu iracko-syryjskiego. Są zdjęcia przestawiające, jak mordują pojmanych wrogów ze zdobytego miasta, jak obcinają im głowy. Są zdjęcia ciał bez głów i zdjęcia głów, ułożonych jedna koło drugiej, na chodniku...

Jak zatrzymać tę falę? Dobrych odpowiedzi na to pytanie nie ma. Zachód, jak na razie, sprawia w tym wszystkim wrażenie bezradnego. Zatacza się od ściany do ściany.

Z jednej strony mamy Paula Wolfowitza, z jego doktryną wojen prewencyjnych. Tak rozbito Irak, zginęło 600 tys. Irakijczyków, 2 mln uciekło za granicę, a w miejsce reżimu Saddama mamy beczkę prochu. I rozkwit ugrupowań terrorystycznych - podobnie zresztą jak na ruinach państwa Kadafiego, i państwa rodziny Asadów, gdzie wciąż nie wiadomo, w którą stronę przechyli się szala wojny domowej. Innymi słowy, Ameryka, obalając Husajna i Kadafiego, sprowadziła sobie na głowę jeszcze większe kłopoty.

Z drugiej strony mamy tych, którzy oburzają się na "więzienia CIA", na to, że w Europie nie wolno zakrywać twarzy, albo że nakazuje się dziewczynkom ćwiczenie na lekcjach WF-u. Bo to narusza wolność religii.

Mamy więc albo kowboja, który strzela do wszystkiego, co popadnie, albo pięknoducha, który nie wie, na co pozwala. Emocje zamiast namysłu. Więc w tej sprawie, życzyłbym Zachodowi mądrości. I pilnowania się słów mędrca polityki, Henry Kissingera: "Sprawdzianem skuteczności każdej polityki nie jest to, jak ją zaczynamy, ale to, co osiągamy".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje