Reklama

Reklama

Polska stoi, i co dalej?

Polska stanęła, i nie na chwilę, przynajmniej na dwa tygodnie, a najpewniej do Wielkanocy. A co potem, to się zobaczy.

Wiadomo, zaraza. Władza przyjęła najprostszą taktykę walki z epidemią - jak ludzie nie będą wychodzić z domów, to na pewno się nie zarażą. Tylko, że jest to taktyka na krótki czas - bo przecież w domach wszystkich się nie zatrzyma. Jedni i tak muszą chodzić do pracy, inni wyjdą do sklepu, jeszcze inni do lekarza, bo źle się poczują. Nie brakuje też takich, którzy zacieśniają przy tej okazji więzy rodzinne i towarzyskie. I tak na przykład w weekend Warszawa była pusta, za to otaczające ją parki i lasy pełne spacerowiczów i amatorów grillowania (tak, tak, grillowania).

Reklama

Mamy więc kompletny chaos postaw. Bo z jednej strony tych, którzy pukają się w czoło - jaka epidemia, o co chodzi? 150, no może 200 osób zarażonych na cały kraj? Na 36 milionów ludzi? Nie dajmy się zwariować, statystycznie normalna grypa jest groźniejsza niż koronawirus! A z drugiej strony mamy osoby bliskie paniki. One też są groźne - to one szturmują sklepy, to one rozpowszechniają rozmaite katastroficzne wieści, to one zgłaszają się do szpitali, i wiszą na różnych infoliniach, skutecznie je blokując.

I co z tym wszystkim zrobić?

Chaos postaw, czasami absolutnie przeciwstawnych, to efekt tego, że Polacy, jako społeczeństwo, nikomu nie ufają. Zwłaszcza, że samo państwo, by mu ufać, nie zachęca.

Co mamy na ekranach telewizorów? Prezydenta Dudę, który z gospodarską wizytą zajeżdża do szpitala w Garwolinie. Piękny obrazek, że oto prezydent troska się o chorych i stan służby zdrowia. Tylko chwilę potem się okazuje, że ratownik, z którym rozmawiał, to... przebrany dyrektor szpitala, a poza tym radny PiS. Więc mamy szopkę. Przedstawienie. Jak w takiej sytuacji ufać?

Inni przedstawiciele władzy, którzy pokazują się w mediach, recytują jak jeden mąż, że wszystko jest pod kontrolą. Że nie jesteśmy Włochami, że poradzimy sobie ze wszystkim. Tylko że z tymi zapewnieniami zupełnie nie korespondują relacje ze szpitali - wymęczonych lekarzy, po kilkunastogodzinnych dyżurach, którzy przyjmują pacjentów, nie mając masek, rękawiczek jednorazowych, fartuchów. Itd.

Oni już teraz funkcjonują na ostatnich siłach, a to jeszcze się nie zaczęło! Bernadeta Krynicka, była posłanka PiS, obecnie pracująca w szpitalu wojewódzkim w Łomży, zamieściła w sieci protest przeciwko przekształceniu jej placówki w szpital zakaźny. "Nie jesteśmy przygotowani, nie mamy sprzętu, środków ochrony indywidualnej" - wyliczała. Dodając, że nieprzeszkolony jest też personel. "Ten szpital jest nieprzygotowany pod żadnym względem. Tak naprawdę to jest tak, jakbyśmy wysłali żołnierzy z pięściami na czołgi" - mówiła.

Można przypuszczać, że inne placówki wyglądają nie lepiej. Prosta statystyka to pokazuje. Jesteśmy na szarym końcu w Unii jeśli chodzi o liczbę respiratorów, co jest kluczowe w leczeniu najciężej chorych w tej akurat epidemii. OK, ktoś powie - że to efekt wieloletnich zaniedbań, ale w ostatnim czasie je nadrabiamy. Chętnie bym przyjął ten punkt widzenia, gdyby nie pewne fakty. Otóż, jak się okazuje, Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej, który, gdy jeszcze epidemia do nas nie dotarła, w styczniu, nie wziął udziału w przetargu na testy na obecność koronawirusa.

Więc w styczniu, kiedy już było wiadomo, że wirus z Wuhan nie jest zwykłą grypą, i będzie rozprzestrzeniał się po świecie, w Warszawie panowały nastroje karnawałowe. Jakie były rachuby? Że to się wypali, że zanim dojdzie do Polski nastanie wiosna, słonko, i sezon grypowy się skończy.

I mamy to co mamy...

To nie jest czepiactwo. Polacy nie będą siedzieć tygodniami w domach. Trzeba będzie iść do pracy. Zarobić na rachunki. Spotykać się z ludźmi. W krajach Azji, które najlepiej sobie poradziły z koronawirusem, o powodzeniu zadecydowała prosta sprawa - testy na obecność wirusa. Ktoś źle się czuł, albo uznał, że mógł się zarazić - mógł szybko się przebadać, za parę godzin miał wynik. I wtedy - albo kwarantanna, tak, żeby nikogo już nie zaraził, albo wracał do zdrowych. Im więcej testów, tym większa wykrywalność i skuteczność leczenia - to jest już stwierdzone. A u nas na testach się oszczędza. Jesteśmy w europejskim ogonie, jeśli chodzi o ich stosowanie. Przygniotła mnie relacja rodziny jednej z ofiar z Wielkopolski - że chcieli się przebadać, a przez trzy dni odsyłano ich od Annasza do Kajfasza. I to jest najbardziej ponure - bo jeżeli tak jest, to tak naprawdę nie wiadomo kto jest chory, a kto nie.

Władza, zamiast na testy, maseczki i respiratory dała pieniądze na propagandę, więc działa tym co ma. Zamiast testów i leczenia mamy dobre rady, typu - zostańcie w domu, czyli leczcie się sami, oraz gadulstwo i napinkę - że cały świat nam zazdrości.

Ja nie sądzę, żeby zazdrościł.

I jeszcze o jednej ważnej rzeczy chciałbym wspomnieć. Jest takie mniemanie, że w trudnych momentach Polacy się mobilizują, jednoczą, a władza zaczyna zachowywać się bardziej rozumnie i przyzwoicie. A właśnie mamy trudny moment. Więc jest dobra okazja, żeby władza dokonała pewnej rewizji swych postaw. I przeprosiła się z lekarzami-rezydentami, którzy walczyli o wzrost nakładów na służbę zdrowia. Dziś widzimy, że mieli w tych staraniach rację. W zamian słyszeli obelgi, okrzyki, że mogą sobie jechać za granicę, i oglądali się w TVP Info, że jedzą kawior i jeżdżą sobie na drogie wycieczki. I pouczał ich marszałek Karczewski, że nie wszystko się robi dla pieniędzy.

A teraz wszystko na nich wisi. Na lekarzach. I na tym, jak sobie radę dadzą szpitale. Czy też raczej, na ile są one przygotowane do epidemii, na ile są wyposażone w sprzęt pomocny w leczeniu. Wspominałem już o tym, że jeśli chodzi o respiratory jesteśmy w ogonie Europy. To jeszcze dodam, że co trzeci respirator został ufundowany ze zbiórek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Więc warto byłoby przeprosić się i z Owsiakiem.

Czas też przeprosić się z Unią Europejską, którą PiS z takim zapałem przez ostatnie lata deprecjonował. Oto Unia już zadeklarowała, że przekaże Polsce równowartość 32 miliardów zł, w ramach walki z epidemią. Na sprzęt, na lekarstwa, na płace dla lekarzy, i na pomoc dla małego i średniego biznesu, w który narodowa kwarantanna uderza najbardziej. Mam nadzieję, że te pieniądze do nich trafią, a nie do księdza Rydzyka, tytułem akcji informacyjnej albo jakiejś innej.

Po prostu, Polska naprawdę jest w poważnej sytuacji, nie tylko ze względu na epidemię, bo zagrożona jest gospodarka, miejsca pracy, społeczny ład. I dobrze byłoby, żeby władza zdała sobie z tego sprawę. Że czas na kombinowanie, na różne triki, napuszczania jednych na drugich, minął. Że przychodzi czas powagi i odpowiedzialności.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje