Prezes PiS wydał wyrok na Jackiewicza już wcześniej

Dawid Jackiewicz, minister skarbu, leci. Do spółek Skarbu Państwa wchodzi Centralne Biuro Antykorupcyjne i chce sprawdzać wszystkie umowy. 66 spółek, wszystkie największe, ma być skrupulatnie sprawdzonych. Szok? No nie, już wcześniej prezes Kaczyński wydał na Jackiewicza wyrok. Degradując go w partyjnej strukturze, no i mówiąc, że w spółkach Skarbu Państwa działa jakaś sieć, że są jacyś hochsztaplerzy, którzy powołują się na PiS itd.

Jaka sieć? Jakie wpływy? Jakie umowy?

Reklama

Przecież w tych spółkach są już sami ludzie PiS-u, ojciec makijażystki Kaczyńskiego, kolega Beaty Szydło z podstawówki (żeby ograniczyć się do najbardziej znanych przykładów), i co? I tacy zaufani ludzie popełniają jakieś niegodziwości? 

Widocznie popełniają.

Więc teraz agenci CBA będą wyprowadzać prezesów w kajdankach?

Mam nadzieję, że do takich przedstawień nie dojdzie, choć nie mam wątpliwości, że wielu z nich na swoich stanowiskach nie dotrwa do Nowego Roku.  Po mediach krążą już listy prezesów do wyrzucenia, protegowanych Jackiewicza, a przecież pod każdym takim prezesem podwieszonych jest kilku mniejszych, pod nimi jeszcze mniejsi, to są kiście winogron wiszących na winorośli.

No to teraz - ciach! Winogronka do koszyczka.

A po co to wszystko?

Są dwie odpowiedzi - realna i marzycielska.

Zacznijmy od realnej. Dawid Jackiewicz to nie był człowiek z twardego jądra PiS-u, był raczej w roli zaufanego człowieka, który ma zapanować nad materią, tzn. dokonać w spółkach wymiany kadrowej. I dokonał, tylko nie takiej, jakiej po nim oczekiwano. Lub też inaczej - nie zaspokoił apetytów wszystkich frakcji w PiS-ie, więc wszyscy pominięci (a zawsze jest więcej chętnych niż stołków) skoczyli pisać na niego donosy do prezesa. Tak więc, Jackiewicz poległ nie dlatego, że dał posady różnym dyletantom, ale dlatego, że rozdzielił je niezręcznie. Za dużo wziął dla swoich kumpli, za mało dał innym. Wprowadzając tym samym do formacji rządzącej napięcia.

I teraz pojawia się pytanie zasadnicze: dlaczego Jarosław Kaczyński (Beata Szydło nie miała tu nic do gadania) zdecydował się na wywalenie ministra? Czy po to, żeby udobruchać partię, żeby znów ją nakarmić? W strachu, że inaczej działacze będą się buntować? Czy też po to, żeby pokazać im, że może wszystko, że jak mu ktoś podpadnie, to wywala i już?  

Innymi słowy - czy ta zmiana to dowód jego słabości czy siły?

Bo jeśli chodzi o mnie, to sądzę, że raczej jest to dowód słabości, że Kaczyński wie, że nie może pogrywać z partią, jak chce, że musi liczyć się z apetytami działaczy.

A przy okazji, rzucając do rozszarpania kolejnych prezesów, daje czytelny sygnał - to ja na tych igrzyskach jestem cesarzem. I daję tyle, ile daję, i ani stołka więcej, a żeby nikt mnie nie oszukiwał, pilnować wszystkiego będzie teraz CBA.

Dlatego wróżę w kolejnych rozdaniach awanse ludzi związanych z Mariuszem Kamińskim. 

A teraz wersja marzycielska.

Ona zakłada, że prezes zorientował się, że spółki Skarbu Państwa źle działają. Że nabór Jackiewicza to ludzie mało kompetentni i nie budzący zaufania. I że  przekręty w tych spółkach mają miejsce. A ponieważ Polska jest krajem, w którym nic się nie ukryje, więc prezes zdecydował się to wszystko przeciąć. Bo wie, że tak jak reprywatyzacja warszawska topi Hannę Gronkiewicz-Waltz i Platformę, tak dojenie spółek Skarbu Państwa zatopi PiS.

Ech! O tym, czy ta odpowiedź jest bliska rzeczywistości, przekonamy się w ciągu najbliższych tygodni, gdy zobaczymy, jak wyglądać będzie kolejny PiS-owski zaciąg. Jakie kryteria będą decydować.

To zresztą w dużym stopniu zadecyduje, jak postrzegany będzie PiS.

Gdyż obecny stan, to rwactwo bez jakiejkolwiek żenady, złości Polaków. Bo nie tak miało być! PiS szedł do władzy z obietnicą uzdrowienia państwa, wyczyszczenia go z różnych układów. A cóż widzimy - że jeden układ zastąpiony został drugim. Że byli nominaci PO, a teraz są nominaci PiS. Gdzie tu więc realna zmiana?

PiS ucieka w debacie publicznej w dyskusje o historii, dzieli Polaków na lepszy i gorszy sort. To jeszcze chwyta, ale za chwile przestanie, bo publiczność uzna, że to zasłona dymna. Żeby skryć inny podział, ten prawdziwy - na tych, co są w nowym układzie, i smakują owoce zwycięstwa, i pozostałą resztę.

No dobrze, ale teraz odpowiedzmy sobie na najprostsze pytanie - skoro PiS zrobił tak bezczelny skok na koryto, to jak wytłumaczyć jego dobre wyniki w sondażach, i to że ma dwa razy większe poparcie od PO?

Sadzę, że odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Był jakiś przecież powód, dla którego rok temu Polacy nie zagłosowali na PO. I ten powód wciąż jest aktualny. Owszem, możemy być zgorszeni PiS-owskimi ministrami, ale przecież, gdy przypomnimy sobie ich platformerskich poprzedników, to oni już jakby mniej straszą.

Opozycja popełnia kluczowy błąd w dzisiejszej walce, dając się ponieść retoryce, że za jej czasów było lepiej, i że oni jeszcze wrócą. Taka taktyka jest bez przyszłości. Nie sądzę, by Polacy w swej masie chcieli powrotu Platformy, jej ministrów i działaczy. To jest już rozdział skończony. Podobnie ma się rzecz z Nowoczesną Ryszarda Petru. On sam potrafi się zaprezentować, ta grupa pań, która go otacza też wygląda przyzwoicie. Co z tego! Jeżeli popatrzymy niżej, na szczebel województw, to zobaczymy tam niemało politycznych straszydeł, odpadów z PO, ludzi z biznesu, różnych cwaniaczków, śliniących się, by załapać się do Sejmu, czy na jakiś urząd. Fuj!

Nie, nie będę lamentował, że politycy zabrali nam politykę. Że zamiast troski o dobro wspólne mamy zatroskanych o koryto. Że ludzi kompetentnych zastępują ludzie bezczelni.

Tak przecież jest.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje