Reklama

Reklama

Referendalne gierki i wyborcze sztandary

​Nieszczęścia chodzą parami. Najpierw Bronisław Komorowski zarządził referendum, teraz jego drogą chce iść Andrzej Duda. Nikt nie ma wątpliwości, Komorowski zagrał kartą referendum, by się ratować w kampanii, którą przegrywał. Nie miejmy złudzeń - Duda domaga się kolejnego, żeby podkręcić kampanię parlamentarną, w której jest główną siłą uderzeniową PiS-u.

Nie rusza mnie fakt, że prezydent gra ręka w rękę z PiS-em, bo niczego innego się nie spodziewałem. On jest z tej partii, mentalnie z tego się nie wyzwolił (i prędko to nie nastąpi), więc będzie postępował tak, a nie inaczej. Jego problem. Natomiast zniesmacza mnie używanie instytucji referendum dla małych gierek, a tym samym deprecjonowanie tego ważnego instrumentu demokracji.

Reklama

Referenda to świetne rozwiązanie, pozwalające rozstrzygać najbardziej gorące spory, a jednocześnie dające obywatelom poczucie, że to jest ich kraj, że są jego gospodarzami, że ich głos się liczy. W referendum zadecydowaliśmy o konstytucji, a także o tym, że wchodzimy do Unii Europejskiej. Więc o sprawach najważniejszych. Wyraźnie o tym stanowi art. 125 Konstytucji: "w sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa może być przeprowadzone referendum ogólnokrajowe".

Dlatego czuję żal do prezydenta, że angażuje autorytet swego urzędu w działania doraźne, naznaczone partyjnym interesem. Wystarczy zresztą zastanowić się przez chwilę nad tymi trzema pytaniami i trzema sprawami, które w referendum chce poruszyć Andrzej Duda. Na pewno są one ważne, ale uznać je za mające "szczególne znaczenie dla państwa"? To byłoby naciągane.

Pierwsze pytanie dotyczy zlikwidowania "reformy" emerytalnej , którą wprowadziła koalicja PO-PSL, czyli bariery wieku 67. Ha! Przecież PiS zapowiedział już dawno, że jak tylko będzie miał władzę, to tę reformę cofnie. Podobnie mówił SLD, więc o cóż kruszyć kopie? Mam  wrażenie, że po wyborach nie będzie kłopotów, by w Sejmie znaleźć większość do przeforsowania tych zmian. Więc po co referendum?

Drugie pytanie dotyczy cofnięcia reformy edukacji, czyli obowiązkowej edukacji od szóstego roku życia. Akurat w tej sprawie podczas wyborów w 2011 roku istniała wielka koalicja wszystkich partii, tu tylko PiS był przeciw.  Nie ma więc co się dziwić, że 1 września sześciolatkowie pójdą do szkoły. To jak to teraz cofać?

Nawiasem mówiąc, przyspieszenie obowiązku szkolnego uważam za krok słuszny. Szczególnie pomocny dla dzieci ze środowisk nieuprzywilejowanych. Te dzieci, idąc wcześniej do szkoły, mają większe szanse, by później rywalizować z tymi z wielkich miast czy z rodzin zasobnych materialnie. Mają szansę na to, że nie odpadną już w przedbiegach. Dlaczego więc PiS, który tak lubi opowiadać o pomocy rodzinom mającym materialne trudności, chce tę szansę im odebrać? To jest obłuda!

Nie przekonuje mnie też argument, że trzeba tę reformę zatrzymać, bo szkoły nie są na nią przygotowane. Sprecyzujmy - parę procent szkół. Nie jest to powód, by wszystko zatrzymać. To raczej prztyczek w kierunku tych samorządów, które nie przygotowały szkół, które nie przewidziały eksplozji budownictwa na swoim terenie, nie przygotowały planów zagospodarowania. To szczególnie widać w Warszawie i pod Warszawą - są tam miejsca, gdzie stawiają blok za blokiem, a placówek edukacyjnych nie, więc dzieci muszą uczyć się na trzy zmiany. A jednocześnie w centrum miasta szkoły pustoszeją. Ale ta nierównowaga to efekt dzikiego kapitalizmu, w którym żyjemy, niekontrolowanego rozrastania się przedmieść, a nie reformy.

Więc jeżeli pani Elbanowska narzeka, że jej dzieci będą musiały się uczyć w szkole nieprzystosowanej i ciasnej, to proponuję jej rozwiązanie z kalendarzyka prawicowego entuzjasty - proszę przeprowadzić się do centrum, problem zniknie. Albo posłać dzieci do szkoły katolickiej, jest ich sporo.

A trzecie pytanie, czyli zakaz prywatyzacji Lasów Państwowych? Za tym zakazem są wszystkie partie, nikt nie chce lasów sprzedawać, a te opowieści PiS-u o jakoby tajnych, nocnych planach PO, to fantasmagorie. Więc po co pytać o coś, o co sporu nie ma?

Ano po to, żeby wywołać dyskusję, by znaleźć dla PiS dobre wyborcze sztandary: 67, edukacja dzieci, obrona polskich lasów. Bo w polityce często ważniejsze od odpowiedzi są pytania. To, czym zajmie się uwagę wyborców. Innymi słowy: agenda debaty, pytania referendalne, jednym siłom służą, a innym nie.

Gdyby PiS poszedł na całość i Andrzej Duda, tak jak serce mu dyktuje, zarządził pytanie w sprawie pomnika Lecha Kaczyńskiego w każdym powiecie, to na pewno by na tym stracił. Więc o pomnikach cicho sza. Z kolei, gdyby prezydent zgłosił pytanie, które sufluje Palikot, o finansowaniu Kościoła i lekcjach religii w szkole, to zyskałaby na tym lewica, bo to nie tylko jej postulat, ale znacznie szerszych kręgów społeczeństwa.

I tak można różnymi pytaniami ludzi mobilizować, prowadzić grę.

Średnio mi się to podoba, bo życie publiczne powinno raczej być areną poważnej debaty, a nie PR-owskich pogrywek. A referenda są od spraw o "szczególnym znaczeniu", a nie po to, żeby ukręcić w wyborach parę procent więcej. 

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje