Reklama

Reklama

Szansa i misja Barbary Nowackiej

​Zjednoczona Lewica zorganizowała udaną konwencję i przedstawiła swoją liderkę - Barbarę Nowacką. To dobry ruch - Nowacka jest naprawdę lewicowa (nie o wszystkich liderach partii lewicowych, byłych i obecnych, tak bym powiedział), ma poukładane w głowie, znakomicie prezentuje się w mediach i zna się na politycznych grach. I jeżeli dziś jest liderem, to nie dlatego, że ktoś wpadł na taki pomysł, ale dlatego, że to sobie wywalczyła. Że reprezentuje nowe pokolenie na lewicy. Miała też bardzo dobre wystąpienie, ustawiające tę formację w startowych blokach.

Łódzka konwencja była poprzedzona dobrymi dla lewicy sondażami, dowiedzieliśmy się z nich, że może ona liczyć na 12 proc. głosów. Więc nawet w niektórych gazetach mogłem przeczytać, że wyrasta ona na trzecią siłę.

Reklama

I tu chciałbym się zatrzymać. Otóż, nie chcę psuć lewicy humoru, ale jej liderzy powinni sobie wreszcie uświadomić, że jeżeli ma być ona trzecią siłą to znaczy, że nie jest żadną siłą, a co najwyżej pomocniczką (przystawką) kogoś silniejszego. Jeżeli lewica, jako formacja, chce odgrywać jakąś rolę na politycznej scenie, musi być co najmniej drugą siłą. Jeżeli samoplasuje się niżej, to samosprowadza się do roli nikogo, outsidera, głupszego brata itd. Tak zresztą się plasowała po roku 2004, oddając swoje miejsce Platformie, podlizując się jej i żebrząc choćby o gest najmarniejszej akceptacji.

Nie dziwmy się więc, że Platforma, a zwłaszcza Donald Tusk, z tej postawy chętnie korzystali, bo nie ma nic przyjemniejszego w polityce jak brać i nie kwitować. Opisywał ten przypadek zupełnie niedawno Roman Giertych, mówiąc w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej": "Donald Tusk prowadził mądrą grę z lewicowym wyborcą. Wiele mu przez lata obiecywał, ale niczego przez siedem lat nie dał".

Giertych otwartym tekstem powiedział, jak było, i - de facto - jak wciąż jest. Bo Ewa Kopacz też kokietuje lewicowych wyborców, to coś im obiecując, to ich strasząc, ale przecież traktuje ich jak mięso wyborcze.

Lecz tym razem, wydaje mi się, że czas tego oszołomienia minął. Że lewicowi wyborcy zrozumieli, że są robieni regularnie w balona. Że są straszeni PiS-em, oszołamiani opowieściami, że lewica się skończyła, że nie ma programu, liderów itd., i że trzeba oddać głos na PO, bo inaczej potop. A to wszystko sprowadza się do oddania głosu na różnych cwaniaków, na ośmiorniczki, Michała Kamińskiego, zegarek Nowaka, facetów z rad nadzorczych spółek skarbu państwa i tak dalej.

To zaczęło być szyte zbyt grubymi nićmi, więc ten szantaż - głosuj na Michała Kamińskiego, na Ludwika Dorna, na Stefana Niesiołowskiego, bo inaczej będzie PiS i wszystkie prawicowe plagi - już nie działa.

Zwłaszcza że lewica przestała żreć się między sobą, no i ma swoją kandydatkę na premiera, Barbarę Nowacką, która na tle Beaty Szydło czy Ewy Kopacz prezentuje się o kilka klas wyżej. I, żeby była jasność, nie mam na myśli tego, że jest młodsza i bardziej reprezentacyjna, ale że jest bardziej obyta, bardziej oczytana, wyraża się jak osoba wykształcona i nie ucieka w jakieś slogany. Lepszy numer kapelusza.

Co symptomatyczne, Platforma zareagowała na kandydaturę Nowackiej tak, jak przyzwyczaiła się traktować lewicę, czyli z buta. "Nie traktuję pani Nowackiej jako swojej konkurentki" - ogłosiła Ewa Kopacz. Co jest o tyle śmieszne, że po wyborach 25 października jej szanse na to, że będzie wciąż szefową rządu, są naprawdę niewielkie - śmiem wręcz twierdzić, że większe ma Nowacka.

Pospekulujmy: jeżeli Zjednoczona Lewica zdobędzie 12-14 proc. głosów, a Platforma 18-20 proc., i okaże się, że jest do złożenia w Sejmie jakaś antypisowska większość, to przecież nie Ewa Kopacz, ale Barbara Nowacka (lub ktoś wskazany przez lewicę) będzie naturalnym kandydatem na premiera w tej układance. Dlaczego tak? Bo Kopacz oznaczałaby kontynuację, a tej przecież nikt nie chce; wyborcy chcą zmiany. I Platforma odda to stanowisko lewicy (będzie przy tym wielki krzyk, ale takimi krzykami nie warto się przejmować) i zapomni o Ewie Kopacz, bo zrobi wszystko, żeby zatrzymać PiS, bo boi się PiS-owskiej zemsty.

Oczywiście, taki rząd, taka składanka długo nie przetrwa, ale przecież można w ciemno zakładać, że w kolejnych wyborach, przedterminowych, lewica otrzyma 18 proc, a PO - 12 proc. Albo ta różnica będzie jeszcze większa.

Wariant drugi, że wybory wygra PiS i będzie rządzić, też dla Nowackiej i lewicy nie jest najgorszy. Porównajmy to, co ona mówi, z tym, co powtarza Ewa Kopacz. I jak to mówią. No przecież minie parę miesięcy i to Nowacka i jej formacja zajmą miejsce głównego oponenta Jarosława Kaczyńskiego.

Taki jest zresztą żywotny interes lewicy - ona, jeśli chce żyć, musi zastąpić Platformę w roli lidera obozu proeuropejskiego, otwartego, wrażliwego na sprawy społeczne. A nie kontentować się mianem "trzeciej siły". Zwłaszcza, że szansa sama jej wchodzi w ręce.

Platforma nie ma już mandatu, by być liderem tych wyborców. Ona ich rozczarowała, wywiodła w pole. Owszem, Ewa Kopacz bardzo się stara, ale - po pierwsze - to, co mówi, nie ma mocy, jest nieautentyczne, a po drugie - gołym okiem widać, że ona jest sama. Że Kopacz walczy, a wokół niej jest pustka. Dlaczego? Bo w PO trwa krzątanina, jak się urządzić na złe czasy. I ludzie to widzą.

To jest ta szansa, która stoi przed Barbarą Nowacką. Jej misja. I - powiedzmy otwarcie - ta misja tylko wtedy będzie miała sens, jeżeli lewica odbierze Platformie wyborców i stanie się główną antypisowską, antyprawicową siłą. Teraz jest czas na dorżnięcie watahy. Bo jeżeli nie uda się teraz, w tym politycznym obrocie, to może już nie udać się nigdy.

Ja nie wiem, czy lewica będzie miała siłę, odwagę i ochotę, by iść tą drogą. Czy wyborcy dadzą jej na to szansę. Wiem tylko, że jak nią nie pójdzie, to po niej. 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak | Barbara Nowacka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy