Reklama

Reklama

Wybory prezydenckie - to będzie referendum

Już wszystko wiadomo. Wybory prezydenckie będziemy mieli 10 maja, już za trzy miesiące. Wiemy też, kto w wyborach wystartuje, wszystko jest jak na talerzu. Nie wiemy tylko, kto wygra.

Piszę - nie wiemy - w pełni świadomie. Bo choć już niektórzy uznali, że Andrzej Duda zwycięstwo ma w kieszeni, to jestem odmiennego zdania. Nie ma tego zwycięstwa w kieszeni, tak jak nie miał go Bronisław Komorowski pięć lat temu. I z podobnych powodów może przegrać.

Reklama

Spójrzmy jak pole politycznej bitwy dziś wygląda. Andrzej Duda zbiera w sondażach ponad 40 procent wyborców. Więc będzie II tura. A kto będzie w niej jego rywalem? Małgorzata Kidawa-Błońska? Robert Biedroń? Władysław Kosiniak-Kamysz? Szymon Hołownia?

Póki co, sondaże wskazują, że będzie to Małgorzata Kidawa-Błońska, ona ma poparcie prawie 30 procent wyborców, i machinę wyborczą PO za sobą. To powinno wystarczyć, by zająć drugie miejsce. Chyba, że nastąpi jakaś katastrofa... Ale załóżmy, że to ona stanie naprzeciw Dudy...

Rzecz jednak w tym, że czy stanie ona, czy ktoś inny, jest to sprawa drugorzędna.

Wszystko bowiem na to wskazuje, że majowa elekcja nie będzie prostym wyborem polityka, który w mniemaniu większości najlepiej pasuje na najwyższe stanowisko w państwie. To będzie referendum - czy jesteś za PiS-em czy przeciw? Za Kaczyńskim i jego pacynką, czy za prezydentem, który będzie niezależny od niego? Za Unią Europejską czy za wypierpolem? I tak dalej...

A jeżeli wybory będą referendum, jeżeli opozycji uda się skleić Andrzeja Dudę z PiS-em, to postaci kandydatów nie będą miały większego znaczenia. Dlatego, że wyborcy będą kierować się inną emocją - negatywną. Jedni będą przeciw PiS-owi, drudzy za PiS-em. Więc w tych wyborach Andrzej Duda będzie PiS-em, a jego rywalka (czy też rywal) - antyPiS-em. I tyle.

A jaki może być wynik tego referendum?

Bardzo trudno to przewidzieć, a to z tego powodu, że dziś podział Polski na PiS i antyPiS jest równy. 50:50, z małymi wahaniami raz w jedną raz w drugą stronę.

Ten podział dość dokładnie pokazały wyniki październikowych wyborów parlamentarnych. PiS co prawda zdobył w nich większość mandatów w Sejmie, 235, ale tylko dzięki korzystnej ordynacji. Bo jego poparcie w skali kraju wyniosło 43,59 proc. Przeliczając to na głosy - PiS otrzymał trochę ponad 8 mln głosów (o 900 tys. mniej niż PO, Lewica i PSL razem wzięte), a oddano ich 18 mln 470 tys.  

Więc to co wystarczyło, by mieć w Sejmie władzę, nie wystarczy, by mieć swojego prezydenta. Bo do przekroczenia progu 50 proc. PiS-owi brakuje 1 mln 200-300 tys. głosów.

Skąd je wziąć?

Są de facto dwa rezerwuary, gdzie PiS może łowić wyborców. Pierwszy - to centrum, wyborcy umiarkowanie konserwatywni. Drugi - to Konfederacja. Czyli ugrupowanie, które powstało na prawo od PiS, zbierające korwinowców i narodowców. Konfederacja w wyborach parlamentarnych uzyskała poparcie 1 mln 256 tys. wyborców, więc gdyby oni przerzucili swoje głosy na Andrzeja Dudę, wówczas to on zostałby wybrany. Ale czy przerzucą?

Są różne odpowiedzi na ten temat. Jedni twierdzą, że większość Konfederatów nie przerzuci, że oni prędzej nie pójdą do wyborów, niż poprą PiS. Doskonale bowiem wiedzą, że to oni są dziś dla Kaczyńskiego głównym wrogiem. Że to ich najchętniej by zadusił. Wiedzą też, że kłopoty PiS-u otwierają przed nimi szansę politycznej ekspansji.

Ale też są opinie, że ostatecznie, postawieni przed dylematem, czy poprzeć kandydata PiS czy jego przeciwnika, wybiorą mniejsze zło... Że polityczni liderzy Konfederacji mogą mieć swoje kalkulacje, ale ich wyborcy, zdecydowanie prawicowi, związani z Kościołem, nie muszą ich podzielać. Że na nich bardziej działać będzie atmosfera w kraju...

A ta atmosfera jest coraz mocniej podkręcana. Wszyscy niemal, ja także, byli przekonani, że PiS będzie do wyborów prezydenckich łagodził nastroje, żeby zdobyć dla Dudy poparcie niezdecydowanego centrum. Tymczasem dzieje się coś przeciwnego. Wojna o sądy, o ich przejęcie, de facto przez Zbigniewa Ziobro, wkracza w kolejną fazę, bardziej ostrą. Gdy słuchałem przemówień na konwencji Solidarnej Polski to rzucała się w uszy wojenna retoryka - ani kroku w tył, przeprowadzimy swoje, wbrew naciskom z wewnątrz i zewnątrz, itd.

Ziobro ten nastrój podkręca, w oczach wyborców prawicy jest dziś numerem 2, wodzem armii, która toczy bój. Z sędziami - to przekaz dla wyborców PiS-u, z Unią Europejską - to przekaz dla Konfederatów.

Ten nastrój podkręcają też media publiczne. Budowany jest więc obraz Polski i wyborów prezydenckich jako wielkie pole bitwy. Ewidentnie wygląda to na pomysł, by Dudę niosła mobilizacja prawicy, atmosfera wojenna, wojny z "kastą" sędziowską, z "elitami" i z Unią Europejską. Ale czy to do zwycięstwa wystarczy? Bo owszem, PiS w ten sposób mobilizuje swoich wyborców, ale mobilizuje też wyborców opozycji...

Domyślam się, że Jarosław Kaczyński na tę ryzykowną bitwę zdecydował się dlatego, że uznał, iż nie ma szans przejść przez wybory na spokojnie. Że awantura będzie tak czy inaczej, lepiej więc ją wywołać samemu, tak żeby wyznaczyć, na jakim polu bitwa ma się toczyć. I właśnie to pole wyznaczył.

Czeka nas więc 90 dni twardej walki. Ona będzie tym twardsza, że obie strony doskonale zdają sobie sprawę, o jaką stawkę toczy się gra. Wygrana Dudy oznacza, że PiS będzie miał wolną rękę do robienia co chce przez kolejne trzy lata. Wygrana opozycji - że w Pałacu Prezydenckim powstanie ośrodek, który będzie hamował poczynania rządzących, a potem odbijał z ich rąk Polskę. Innymi słowy, wynik wyborów zadecyduje, w którą stronę będzie kroczył ustrój naszego kraju. Czy będziemy ewoluować w stronę Turcji, Rosji, czy też tej ewolucji zostanie postawiona tama. Lub też, używając słów Trockiego, wybory zadecydują, kto kogo będzie wsadzał do więzienia.

Więc co tu się dziwić, że nastroje są tak gorące? Bo dla nich to bój o wszystko.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama