Reklama

Reklama

Acta oszustwa

Z taką opozycją PiS nie straci władzy nigdy. Dosłownie dwa dni temu – nie mam świadków, ale proszę mi wierzyć, że tak było – czytałem sobie, w ramach porannej prasówki, czy raczej "sieciówki", wywody komentatorów politycznych, że partii rządzącej kończy się "wyborcze paliwo".

Rozdawać pieniędzy więcej już nie można, nie ma nawet pewności, czy można rozdać to, co już PiS obiecał. Na długo też już nie starczy obrony normalności przed roszczeniami lobby LGBT, postawionymi ku korzyści rządzących w centrum debaty publicznej przez Trzaskowskiego i Rabieja, i, ostatnio, przelicytowanymi przez Krzysztofa Śmiszka z "Wiosny", który zapowiedział wsadzanie krytyków tego lobby do więzienia. Słowem, teraz zobaczymy wizerunkową kontrofensywę PO, zresztą już ją widzimy w zapowiadanym strajku nauczycieli, którzy, jak wszystko wskazuje, mają w planach opozycji przeznaczoną tę samą rolę, jaką w 2007 odegrały pielęgniarki (szanownym pedagogom warto polecić, żeby przy jakiejś okazji sprawdzili, co potem, gdy już otworzyły PO drogę do ośmiu lat rządów, w nagrodę za to dostały).

Reklama

Tak to sobie czytałem, i pomyślałem na głos: spokojnie, PO zaraz coś odpali, żeby Kaczyńskiemu "tlenu" nie zabrakło.

Mówisz i masz: dosłownie parę chwil potem zabrałem się do przeglądania serwisów, i widzę, że europosłowie PO zagłosowali za ACTA2. Nie wszyscy, ale wystarczająco wielu, żeby odium tego głosowania spadało na całą PO i zbudowaną wokół niej Koalicję Europejską.

Chodzi nawet nie o to, że zagłosowali "za". Sprawa ACTA jest złożona, trudna do ogarnięcia, umowę można oceniać różnie - ja akurat oceniam ją bardzo źle, wbrew własnemu, prywatnemu interesowi twórcy, którego złodzieje z różnych "chomików" okradają co miesiąc, wedle wyliczeń wydawcy, na kilka, czy nawet kilkanaście tysięcy złotych. Tylko, że w przeciwieństwie do różnych mądrzących się szarpidrutów, doczytałem pokrętne zapisy i uważam, że jeśli nie daj Boże wejdą w życie, to okradania autorów na dłuższą metę i tak nie powstrzymają, pozwolą tylko wielkim koncernom upaść się na jeszcze większe, a niejako "przy okazji" internet zostanie w naszej części świata poddany cenzurze równie ścisłej, jak w Chinach. Ale, powiedzmy, nie jest to oczywiste, PO mogłaby swoje stanowisko jakoś merytorycznie uzasadnić, a przy tej gotowości jej porażonego kaczą fobią elektoratu do łykania każdego kłamstwa mogłaby nawet bezczelnie ściemniać i wciskać ciemnotę.

Ale PO od kilku lat zapewniała, bożyła się wręcz, że jest umowie ACTA2 stanowczo przeciwna. Jeszcze naprawdę niedawno głosiły to zamieszczane na jej oficjalnych profilach grafiki. Większość z jej eurodeputowanych zmieniła zdanie w ostatniej chwili - i jest to pierwszy samobój. Kto zresztą pamięta historię poprzedniego ACTA, może go uznać za recydywę. Przypomnę, że wersji poprzedniej, która wywołała liczne gwałtowne i skuteczne protesty, ACTA próbowano przeprowadzić podstępnie, wpisując je, na zasadzie "a nuż nie zauważą", jako jeden z rozdziałów do wspólnotowego traktatu regulującego zasady... rybołówstwa. Za to wpisanie odpowiedzialna była sprawująca wtedy europejską prezydencję Polska, a konkretnie sprawujące wtedy władzę w Polsce PO i PSL.

Dopiero, kiedy zrobiła się draka, ówczesny premier Donald Tusk zapewnił, że on i jego partia są ACTA przeciwne, sprawa spadła z agendy, do której ją nasza "prezydencja" podstępem włączyła, i nikt nigdy nie uznał za stosowne wyjaśnić, kto właściwie z Tuskowej ekipy i pod wpływem jakich bodźców ten numer z wetknięciem regulacji internetu w traktat o rybołówstwie próbował wykonać.

Krótko mówiąc, jeśli ktoś szuka argumentów za rozwijaniem skrótu "PO" jako "partia oszustów", to ACTA, zarówno to pierwsze, jak i to drugie, bardzo się mu nada.

Drugi samobój, to że zmiany stanowiska europosłów PO trudno nie skojarzyć z ujawnionym przez niemiecką prasę "dilem", na mocy którego przeforsowanie ACTA obiecał szczególnie zainteresowanej cenzurowaniem sieci Francji rząd Niemiec, w zamian za to, że Francja wzajemnie uwali europejskie starania o powstrzymanie budowy rurociągu Nordstream 2, na którym z kolei szczególnie zależy Niemcom.

Zwracam uwagę, że podając tę informację niemieckie media uznały za rzecz oczywistą, iż wbrew całemu gadaniu o ponadnarodowym charakterze Parlamentu Europejskiego, z jego ogólnoeuropejskimi frakcjami, tak naprawdę deputowani niemieccy głosują nie według frakcji, tylko według interesów narodowych, tak, jak je definiuje niemieckie państwo. Skądinąd, od polskich eurodeputowanych dawno już słyszałem, że podobnie jest i z posłami innych krajów "starej Europy" - jak i to, że, z drugiej strony, każdy eurodeputowany, bez względu, czy reprezentuje opozycję, czy partię rządzącą, może liczyć na merytoryczne i eksperckie wsparcie stosownych ministerstw swojego rządu, ilekroć tego zażąda.

O wypadku takim, jak PO-PSL, czyli eurodeputowanych, którzy mszczą się na swoim kraju za przegranie wyborów, działając na jego szkodę, wedle zasady "im gorzej, tym lepiej", w ogóle nie wspominam, bo to jest w "starej Unii" zwyczajnie niewyobrażalne.

Dodajmy do tego, że choć generalnie, jak to mówi politolog Norbert Maliszewski, wyborca ma pamięć równie długą, co złota rybka, to jednak niektórzy pamiętają jeszcze, iż w pewnym okresie histeria antypisowska rozniecana była przez PO straszeniem, że "PiS zabierze internet". Liderzy nie kryli wtedy zresztą - kto nie wierzy, niech zajrzy do wywiadów w archiwalnych numerach antypisowskich gazet - że sięgają po to hasło, żeby przyciągnąć na manifestacje KOD młodzież, bo młodzież, jak pokazały protesty przeciwko ACTA, bardzo się boi cenzury internetu, więc, wiecie, trzeba mówić, że to PiS chce cenzurować. Młodzież co prawda aż tak głupia się nie okazała i nie przyszła, ale pamiętam staruszki z KOD i krzepkich, mundurowych emerytów, skandujących "lepiej zęby myć w klozecie, niż mieć Ziobrę w internecie". W tym kontekście tegotygodniowe głosowanie w PE nabiera dodatkowego blasku.

Eurodeputowani PO, podsumujmy, zagłosowali w sprawie ACTA2 nie tylko wbrew stanowisku Polski, co jest u nich normą, i nie tylko wbrew zapowiedziom własnej partii, co też nie jest pierwszyzną, ale też swoimi siedmioma głosami (a do zablokowania ACTA2 zabrakło pięciu) umożliwili dopięcie niemiecko-francuskiej umowy co do budowy w oczywisty sposób godzącego w nasze strategiczne interesy gazociągu.

Być może europosłowie PO nie wiedzieli o francusko-niemieckiej umowie, nie są w końcu na tyle ważni, by ich o wszystkim informować. Ale podejrzenie, że jakoś ich do takiego głosowania namówiono, jest oczywiste. Jeśli ktoś szuka argumentów, że PO tworzą ludzie, dla których najważniejsze jest załatwić sobie wzorem p. Grasia cieciówkę przy jakimś niemieckim biznesie - to znowu, głosujący za ACTA dali mu do ręki argument naprawdę nieodparty.

Osobiście zresztą uważam, że żadnego przekupstwa dopatrywać się tu nie należy. W polskich elitach politycznych, w obu dominujących plemionach, mamy do czynienia z bardzo silnym, postkolonialnym instynktem nadskakiwania sojuszniczym mocarstwom - w wydaniu PO tym "bwana kubwa", który za pokorną służbę ma się odwdzięczyć zaprowadzeniem u nas cywilizacji, są właśnie Niemcy. Głosując tak jak oni, deputowani PO mogli zapewniać sobie poczucie, że wznoszą się na wyższy poziom człowieczeństwa, awansują na prawdziwych Europejczyków. Agitprop "opozycji totalnej" dorobił przecież nawet do tego kolonialnego instynktu ładnie brzmiący frazes: "być w głównym nurcie europejskiej polityki". Nie wiem, czy trzeba wyjaśniać idiotyzm takiego gadania? Równie dobrze można by twierdzić, że od czasów Bieruta do Jaruzelskiego byliśmy "w głównym nurcie polityki światowej". Władze PRL przecież "mówiły jednym głosem" z jednym z dwóch supermocarstw, kontrolującym pół świata - to dopiero były czasy polskiej potęgi!

Przegłosowanie ACTA w europarlamencie bardzo przybliża perspektywę schińszczenia europejskiego internetu, ale na szczęście jeszcze niczego nie przesądza. Natomiast w połączeniu ze skolonizowaniem PO przez skrajną lewicę wyznaczyło ono, przyznajmy, dość nieoczekiwanie, kolejny temat w wyborczej trój-kampanii. Nie wiem, czy Państwo zauważyli, że ostatnio zamiast sondaży ogólnopolskich antypisowskie media zaczęły zamawiać sondaże tylko w okolicach uznawanych za tradycyjne wyborcze bastiony PO. Widocznie już teraz, dwa miesiące przed pierwszym z głosowań, trudno podtrzymać fikcję sukcesu "zjednoczenia"  ugrupowań, które w ostatnich wyborach miały, wspólnie licząc, grubo ponad połowę politycznego rynku, a teraz, razem wzięte, ledwie potrafią PiS dogonić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy