Boże broń

Niewierzący, jak pisał Janusz Zajdel, dzielą się na ateistów i antyteistów. Ci pierwsi po prostu nie wierzą w istnienie Boga. Ci drudzy natomiast wierzą, że Boga nie ma.

Z niewiary w istnienie jakiejś Wyższej Istoty nie wynika podejmowanie żadnych działań. Nie wierzę - więc to, czym żyją wierzący, mnie nie dotyczy, zajmuję się czym innym, a jak kto wierzy i mu z tym dobrze, to jego sprawa.

Reklama

Natomiast owładnięci wiarą w nieistnienie Boga mają potrzebę robienia temu, w którego istnienie nie wierzą, na złość i narzucania swojej wiary - pod hasłem "neutralności światopoglądowej" ­- wszystkim innym.

Mówiąc nawiasem, szaleństwa antyteistów są bardzo śmieszno-strasznym materiałem do przemyśleń. Natura ludzka nie umie na dłuższą metę powstrzymać się od poszukiwania boga, więc gdy antyteiści wypędzają głównymi drzwiami jednego, natychmiast kuchennymi wprowadzają innego.

Taki Dawkins na przykład połowę swego "Boga urojonego" poświęca pognębieniu wyższej istoty w rozumieniu judeochrześcijańskim, a drugą - kreowaniu na nową Wyższą Istotę genów. Właściwie, gdyby kto potraktował tego anty-dewota poważnie i zechciał wyciągnąć z jego teorii (bardzo dziś wśród antyteistów modnych) logiczne konsekwencje, to rzecz jest ideologiczną podstawą do eugenicznego holocaustu.

Bo właściwie z całej anty-krucjaty, gdyby się nie daj Boże udała, jedynym dającym się wyprowadzić konkretem jest najwulgarniejszy darwinizm, taki w duchu Korwina, tylko bardziej: geny niepełnosprawnych "debili" i innych kalek (łatwo dodać - także "debili" nie umiejących zrozumieć i przyznać jedynej oczywistej słuszności) po prostu trzeba eliminować. Dobro ludzkości tego od nas wymaga.

Groteskowe wizje? Zapewne, broszurki Rosenberga i stowarzyszenia Thule, nawet gdy je już zaczął ze śmiertelną powagą powtarzać Hitler, też świat tylko śmieszyły.

Ale odpłynąłem w generalia, a inspiracja tego felietonu jest bardzo konkretna. Oto dowiedziałem się, nasi polscy antyteiści postanowili ruszyć do swojej anty-krucjaty, mającej na celu narzucenie wszystkim Polakom wiary, że Boga nie ma i uczynienie jej anty-teokratyczną podstawą ideologiczną dla funkcjonowania państwa. Zaczynają skromnie od widowiska rekonstrukcyjnego ­- inscenizacji kaźni, jakiej poddany był przed wiekami niejaki Kazimierz Łyszczyński, autor wywrotowego traktatu filozoficznego.

Z dzisiejszego punktu widzenia oczywiście zupełnie zatraca się sens tej kaźni - w wieku XVII Bóg był podstawą całego porządku społecznego, i nie za to karano, że ktoś Jego obraził (za to Wszechmogący miał, w przekonaniu ówczesnych ludzi, swoje sankcje i mógł je stosować), ale za to, że negując Jego, nawoływał tym samym do wywrócenia całego świata do góry nogami, obalenia tronu, odrzucenia wszelkich praw i tak dalej. My dziś oczywiście imć Łyszczyńskiemu współczujemy, ale dla swoich współczesnych był on Breivikiem chwyconym za rękę tuż przed odbezpieczeniem broni.

Ale wiadomo, każde ideolo musi sobie wyszukać w przeszłości jakichś antenatów. Perwersi przywłaszczają sobie - z pogwałceniem prawdy historycznej i zdrowego rozsądku - króla Władysława III czy Konopnicką, a antyteiści czepili się Łyszczyńskiego.

Jego rolę w planowanym widowisku historycznym odegrać ma profesor Hartman. Musze sprawdzić, jak wyglądała kaźń na apostacie, bo jeśli obejmowała chłostę, to sam bym chętnie w rekonstrukcji wziął udział. Pan profesor nie będzie mi tego miał za złe, bo z dawna dał się poznać jako masochista, lubujący się w pokazywaniu ran, użalaniu, jak to mu jakiś internetowy troll straszliwie naubliżał i w ogóle jak jest prześladowany.

Swoją drogą, ten masochizm to nie jest tylko jego cecha osobnicza, ale w ogóle cecha typowa naszych antyteistów i antyklerykałów. Kto ciekaw, niech zajrzy do prasy z czasów przedkonkordatowych, zanim elity rządzące wytargowały satysfakcjonujący dil z hierarchią kościelną, gdy w ramach tego targowania szczuły Kościół kim i czym się dało.

Urban zrobił wtedy na antyklerykalizmie miliony, wyrastały na nim całe kariery polityczne, jak pani Labudy, i całe partie, jak antyaborcyjna Unia Pracy, różni marni wesołkowie szyderą z "Pana B" i "czarnych" ratowali swoje podupadające kabareciki, słowem - żyło się z antykerykalizmu życiem pączka w maśle. I wszyscy ci pożytkujący modę bezustannie użalali się, jak są prześladowani, jak zagrożeni, rysowali się nawzajem na płonących stosach, płakali nad "inkwizytorskimi sądami", przed którymi na pewno lada dzień zostaną postawieni...

Taaa, niewątpliwie, prześladowania antyteistów i dziś są straszne. Zmuszani są na przykład do oglądania w telewizji mszy świętej. I proszę nie mówić, że mogą jej nie oglądać, bo jak komuś wyczerpie się bateryjka w pilocie i ma za ciężką de, żeby wstać z kanapy, to musi. Zmuszani są do oglądania krzyża w miejscach publicznych, a na ten widok wielu z nich dostaje konwulsji i występuje im piana na ustach (co prawda zaczynają też mówić wieloma językami, co w dzisiejszym świecie sprzyja karierze).

Księża odmawiają wykreślania ich z ewidencji i odprawienia jakiegoś obrzędu, który by symbolicznie zmył znienawidzony chrzest. A już straszliwym obiektem prześladowania stał się jakiś palant, którego w szpitalu przez pomyłkę pokropiono święconą wodą, a sądy "państwa wyznaniowego" odmówiły mu przyznania za to milionowego odszkodowania!

Każde ideolo szuka historycznych antenatów, więc wydobycie z zapomnienia Łyszczyńskiego niespecjalnie dziwi. Tym bardziej, że to zapomnienie nie trwało długo - jakieś ćwierć wieku. Bo w PRL Łyszczyński był bardzo popularny i chętnie przypominany, przynajmniej do czasu, zanim WRON-a nie wymyśliła sobie, żeby podzielić się władzą z Kościołem (co się nie udało, bo Kościół odmówił założenia swojej partii i zaoferował pośrednictwo w rozmowach z Wałęsą - takie były korzenie Okrągłej Magdalenki, na której nas wyrolowano).

I w tym jest właśnie problem polskiego antyteizmu. Na Zachodzie jest raczej groteskowy, u nas zaś cuchnie. Bo polski ateizm ma niestety tylko jedną historyczną tradycję - wydział IV SB. Kapitana Piotrowskiego, generałów Ciastonia i Płatka, Towarzystwo Krzewienia Kultury Świeckiej i "nowe świeckie tradycje" wymyślane po komitetach. I nieustannie do tej tradycji wraca, jak tego dowodzi  choćby palikociarski pomysł podchwycenia po latach starej esbeckiej prowokacji o rzekomym nieślubnym dziecku Papieża.

A to jest tradycja taka, że, przypuszczam, sam Kazimierz Łyszczyński, gdyby mógł widzieć swych wyznawców, zacząłby się modlić, żeby go Pan Bóg wziął przed nimi w obronę. 

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje