Reklama

Reklama

​Bunt klasy, wbrew pozorom nie szkolnej

Jako publicyście, który prawie całą zawodową aktywność poświęcił polemizowaniu z różnymi wcieleniami marksizmu bardzo mi trudno przychodzi użycie tego określenia, ale, niestety, najlepiej wyjaśnia ono istotę sprawy. Strajk nauczycieli bardzo wyraziście pokazał, że plemienny podział w polskiej debacie publicznej coraz mocniej nakłada się na podział klasowy.


Nie chodzi tu oczywiście o "klasy społeczne" w pojęciu paleomarksizmu, czyli definiowane przez "stosunek do środków produkcji" - dzisiejsza lewica używa pojęcia "podział klasowy" z większą finezją, biorąc pod uwagę różne grupowe wzorce życiowe, styl życia, wspólne, porządkujące myślenie o świecie "etosy"... Kto ciekaw, niech zajrzy choćby do książki Macieja Gduli, który jako jeden z nielicznych ludzi z umownej tamtej strony próbował najpierw samemu zrozumieć, a potem objaśnić innym, dlaczego mieszkańcy przeciętnego polskiego miasteczka głosowali masowo na PiS, mimo że wszelkie możliwe medialne autorytety ryczały im "w oba uszy", że to faszyzm, średniowiecze i polexit.

Reklama

Proszę sobie przypomnieć, jak tzw. elity reagowały na akcje "Samoobrony", związków zawodowych górników czy pracowników likwidowanego "Ursusa". Chyba nikt nie zarzuci mi mijania się z prawdą, jeśli skrócę te reakcje do jednej obelgi: "chamstwo zbuntowane". Wszelkie możliwe kanały, którymi tutejsza "budżetowa klasa średnia" wyraża swe opinie, kipiały od pogardy i wrogości. W głowach się poprzewracało, czego to się zachciewa, jak im zarobki za małe, to niech pójdą do lepszej roboty, trzeba się było uczyć, spałować by to całe towarzystwo solidnie i rozpędzić je w diabły - nic się w tej kwestii nie zmieniało przez lata, tak było jeszcze dosłownie w przeddzień wybuchu strajku nauczycieli, gdy "Agrounia" rozsypywała jabłka, blokując jedno z warszawskich rond, i nawet gdy już wybuchł, gdy do blokowania stolicy przystąpili taksówkarze, niszczeni przez życzliwość władzy dla "Ubera" i innych tego rodzaju korporacji.

To, co robią teraz członkowie ZNP nie różni się przecież zasadniczo od logiki protestów chłopskich i robotniczych - można rzec, że realizują tę samą chłopską zasadę, wyśpiewaną kiedyś przez Kazimierza Grześkowiaka w słowach "bo nie ważne czyje co je, ważne to je co je moje". "Swoje ucapić", pisałem o tym już tydzień temu, nie ma się co powtarzać. Z tą jedną różnicą, że nauczyciele posunęli się tak daleko, jak nigdy nie śmiał się posunąć żaden Wrzodak, Lepper ani inny poniewierany w mediach michnikowszczyzny "watażka". Próba zablokowania egzaminów ósmoklasistom i gimnazjalistom, groźba sparaliżowania matur i rekrutacji na studia, oblania całego rocznika - to coś, czego jeszcze w najbardziej brutalnych sporach zbiorowych nie było. To tak, jakby chłopi czy robotnicy w walce o podwyżki powyłączali wodociągi i elektrownie, zablokowali zbrojnymi bojówkami dowóz żywności do miast, a strażacy czy pogotowie ratunkowe odmówiło udzielania pomocy, i to celowo wyczekawszy wprzódy z ogłoszeniem "akcji protestacyjnej" na sezon pożar lasów albo epidemii. Nie chcę nikomu podrzucać pomysłów, tylko po prostu unaocznić, z jak grubym nadużyciem mamy do czynienia ze strony pana Broniarza i jego gogicznego mięsa armatniego.

A tym razem wyrazów potępienia praktycznie nie słychać. Takie głosy, jak aktorki Kołakowskiej, można dosłownie policzyć na palcach jednej ręki. W "środowiskach opiniotwórczych" nawet jeśli kto czuje niesmak, to nabiera wody w usta i zachowuje go dla siebie, by nie podpaść środowisku jako "pisowiec". Wcale spora grupa zaś najzupełniej bezwstydnie opowiada się po stronie gangsterskiego szantażu i wysila umysły, by go uwznioślić, a jego sprawców usprawiedliwić i podjudzić do jeszcze większej bezwzględności. Urządzają jakieś koncerty, wiece, marsze, nagrywają agitki i pokazują je w sieci, wygadując przy tym niewiarygodne, napuszone brednie, jakby nauczyciele żądali czegokolwiek więcej, niż tylko i wyłącznie podwyżek płac, i to, na tle wszystkiego, co kiedykolwiek udało się wymusić czy wystrajkować jakiejkolwiek grupie zawodowej, horrendalnych, o 30 proc. dla wszystkich i to od zaraz. W dętych odezwach celebrytów ten zuchwały rozbój z wzięciem całych kilku roczników uczniów na zakładników nazywany jest "walką o godność", "o przyszłość edukacji", a bodajże w ogóle narodu. Namolnie próbuje się obudować protest nauczycieli skojarzeniami z Sierpniem ’80, nadać mu wymiar narodowego buntu w imię wolności, suwerenności i demokracji, epatując obrazami doznawanej przez nauczycieli krzywdy, nędzy i upokorzenia, i kompletnie ignorując fakt, że w tej sprawie istnieją jeszcze uczniowie, i to oni są właśnie tymi najbardziej poszkodowanymi, tymi, z którymi przyzwoitość nakazałaby się solidaryzować.

Powie ktoś, że to dlatego, iż - jak ogłosił prof. Hartman - mamy "strajk przeciwko PiS", wytęskniony i wielokrotnie już ogłaszany "majdan", który roi się upadłym elitom od chwili bolesnych dla nich wyborów 2015, podtrzymując w nich nadzieję, że jeszcze "znowu będzie jak było". Ale plemienna nienawiść tuskowego lemingradu do PiS wszystkiego nie wyjaśnia. Przecież protesty "Agrounii" czy taksówkarzy też uderzały w rząd, też dewastowały "państwo PiS" - a wyobraża ktoś sobie, żeby Owsiak nagrywał namiętną odezwę wzywającą do solidarności z nimi, a pani Sadowska z Big Cycem urządzali koncerty, mające w założeniu pokazać masowe poparcie? Ja sobie tego nie wyobrażam.

Wyjaśnieniem tej bezkarności, jaką stworzyły tzw. elity nauczycielom, jest silnie poczucie wspólnoty. Śp. Lepper był zawsze obcym, pogardzanym chamem w gumofilcach, nawet, gdy wraz z Giertychem obrócił się przeciwko dotychczasowemu koalicjantowi (Giertych zresztą, choćby nie wiem jak gorliwie się wysługiwał postpeerelowskiej elicie, też dla niej jest i zawsze będzie obcy i pogardzany, choć najwyraźniej tego nie rozumie). A nauczyciele są nasi. Nauczyciele to inteligenci, a "my" też się uważamy za inteligentów. Podszywanie się pod tradycję historycznej polskiej elity, wyniszczonej wojennymi zbrodniami, emigracją i połączeniem pauperyzacji z indoktrynacją w PRL, jest bardzo wygodne. Symbolicznie łączy pomniejszych pracowników budżetówki z celebrytami, michnikowszczyznę z nowobogackimi beneficjentami "kapitalizmu politycznego", partyjno-samorządową nomenklaturę antypisowskich partii z zasiedziałymi w peerelowskich jeszcze układach urzędnikami oraz aspirującymi "młodymi, wykształconymi z wielkich miast" - w jedną klasę, w jeden, że sobie pozwolę na taką grę słów, bourdieul.

I ta właśnie, pozostając w opisie Bourdieu, klasa, przeżywa wraz ze strajkiem nauczycieli swoją "leworucję". Każda szkoła stała się w jej pojęciu stocznią, a ich walka o tysiąc peelenów na mózg - iskrą, która ma "ruszyć z posad" znienawidzony katolicki ciemnogród, z jego pisizmem, "pedofilskim" kościołem, "żołnierzami wyklętymi" i innym "obciachem", przeorać go i pchnąć nas na drogę wymarzonej przez klasę "europejskości". Choć właściwie na czym ta europejskość miała by dziś polegać, nikt nawet nie próbuje skonkretyzować.

"Witaj, jutrzenko swobody, zbawienia za tobą słońce!" Gdy w głowach trzepoczą się takie nadzieje, rzeczywistość musi iść precz. Bachorów, których szkolna krzywda psuje cały wzniosły obraz, trzeba po prostu z tego świata wygumkować, usunąć. Nie ma ich! No, tylko paru dyżurnych lizusów z lewicowych młodzieżówek, deklamujących w jedynie słusznych mediach, że chętnie poświęcą swe matury i rok życia by wesprzeć nauczycieli, bo walczą oni o słuszną sprawę. Poza tym - won, zamykamy na wasze istnienie oczy, nie dostrzegamy was. Tak, jak nie widzimy, bo nie chcemy widzieć, internetowego zalewu nauczycielskich hitów w rodzaju "dwa tysiące na mym koncie to jak strzał z pioruna w prącie" i niczego w ogóle, co przeczy klasowemu urojeniu.

Że ta  rewolucja nie ma żadnych szans? Pewnie, dlatego właśnie staram się zjawisko zapisać na gorąco, zanim miraże się rozwieją. Problemem opisywanej tu klasy, z braku celniejszych określeń zwanej "elitą III RP", jest niezdolność dostrzeżenia rzeczywistości, w jakiś sposób wynikającą zresztą z uwarunkowań obiektywnych: gdyby ją dostrzegała, to by się musiała załamać. Bo rzeczywistość jest taka, że klasa uważająca się za wyższą, za "inteligencję", a więc tych, którzy z natury rzeczy otoczeni szacunkiem i naśladowani, została odrzucona już wielokrotnie. I teraz też zostanie odrzucona, po raz kolejny. Ta wiara, że skoro do buntu przystąpiło kilkaset tysięcy "naszych", nauczycieli, przedstawicieli elity - to niewdzięczne społeczeństwo "wreszcie zobaczy", przejrzy na oczy i poprze, jest tylko złudzeniem.

Nie - społeczeństwo zobaczy raczej, że nauczyciele, z rozpędu otaczani dotąd szacunkiem, nie okazali się w niczym lepsi niż, z przeproszeniem, nap***jący kamieniami "robole" i wcale nie zasługują na większych od nich szacunek. Że mnóstwo wśród nich ludzi, którzy trafili do tego zawodu z przypadku i braku lepszych możliwości, sfrustrowanych, że im w życiu nie wyszło, nienawidzących dzieci, które muszą uczyć, ich rodziców, siebie samych... No, takich Adasiów Miauczyńskich, mówiąc krótko - naprawdę, przywołanie tej właśnie postaci przez opiniotwórczy, klasowy tygodnik było strzałem w dziesiątkę i we własne kolano zarazem.

Wcale mnie to zresztą, wbrew temu, co pewnie niektórzy sądzą, nie cieszy, bo upadek postpeerelowskiej, pomagdalenkowej elity jako klasy wzorcotwórczej wcale nie idzie w parze z tworzeniem się jakiejś nowej elity, która by ją w tej roli mogła zastąpić. Niestety, idziemy raczej ku ogólnemu, urbanowemu "panświnizmowi" i powszechnej akceptacji dla chamskiego darwinizmu, a przynajmniej znieczulicy wobec niego. W którym to procesie sposób, w jakim poszczute do buntu nauczycielstwo potraktowało młodzież, będzie, niestety, kamieniem milowym, o który długo jeszcze przyjdzie się Polsce potykać. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje