Reklama

Reklama

Cała prawda o Tusku

Wystarczy zajrzeć do dowolnego podręcznika zarządzania. Może być Trump, może być Iacocca albo któryś z mniej znanych teoretyków i guru biznesu. W tym punkcie wszyscy oni są ze sobą zgodni: najgorsza decyzja jest zawsze lepsza niż brak decyzji. Najgorsze, co się zrobi, będzie zawsze lepsze niż nie zrobienie niczego. Menadżer może się mylić i może zbłądzić, ale nie może udawać, że nie ma problemu i czekać, czy może sprawy same się nie załatwią.

Ta "oczywista oczywistość" nie jest całą prawdą o PO i jej liderze, ale jej znaczącą częścią. Wyjaśnia w każdym razie, dlaczego, co uparcie powtarzam, rządy Tuska - a ściślej, właśnie nie rządy, tylko panowanie Tuska - są najgorszym, co się w Polsce zdarzyło po roku 1989.

Reklama

Poprzedników miał Tusk różnych, generalnie słabych. Ale to, co pokazał on sam, nie ma precedensu. Nie sposób znaleźć przykładu nowożytnego państwa, którego władza tak uciekałaby przed problemami w fantasmagorie, tak nieodpowiedzialnie i niefrasobliwie psuła wszystko, aby tylko zachować jeszcze kilka miesięcy świętego spokoju i możliwości trwania w słodkim nieróbstwie.

Tusk potrafi tylko pajacować. Ogłasza rewolucje legislacyjne i ofensywy, produkuje kolejne "wrzutki", sypie na prawo i lewo zapowiedziami bez pokrycia, i chyba nawet sam wierzy, że wszystko się załatwi samo, że deficyt, który sięga ośmiu procent rocznego budżetu w ciągu dwóch lat "bez żadnych gwałtownych cięć ani oszczędności", zmaleje do żądanych przez UE trzech procent. Że z czasem zadłużenie się weźmie i jakoś zmniejszy. Że dziesiątki tysięcy pozbawionych szans na pracę absolwentów znajdą zatrudnienie u Niemców albo gdziekolwiek indziej i będą budować tamtejszy dobrobyt, bo tu są niepotrzebni, i w ten sposób kłopot mu spadnie z głowy.

Że jakimś cudem nie rozsypie się jeszcze przez jakiś czas do reszty sieć energetyczna i nie trzeba będzie wyłączać prądu, że zdekapitowane tory i trakcje kolejowe nie rozlecą się na tyle kawałków, na ile spółek podzielono PKP, że nowe drogi rozsiane po parę kilometrów tu, parę tam, cudem zrosną się w jakąś "infrastrukturę", że armia z poboru, z której najpierw zwolniono poborowych, a z której teraz masowo uciekają oficerowie, jakoś podoła potrzebom, bo w razie czego obroni nas Zachód, że politykę zagraniczną zrobią za nas Niemcy i Rosjanie, jeśli będziemy dla nich odpowiednio przyjacielscy...

Właściwie nie ma pola, na którym obecna ekipa nie spowodowałaby totalnej klęski.

Trzysta miliardów długu, bez mała podwojenie zadłużenia kraju w ciągu trzech lat mówi samo za siebie. Ale przecież to nie jest ostatnie słowo tej, nie sposób jej inaczej nazwać, rządzącej smarkaterii.

Właśnie w tym tygodniu rząd Tuska podjął decyzję o OFE. Decyzję dla siebie typową - ani wte, ani wewte. Jeśli OFE są dobre, to ręce precz. Jeśli są złe, to je zlikwidować. A Tusk je skubie, żeby opędzić najpilniejsze wydatki, zostawiając w zamian skrypt, z którym przyjdą do jego następców.

Oddaję głos profesorowi Stanisławowi Gomułce: "Premier Tusk za podstawową przyczynę swego całkowitego poparcia dla zmniejszenia roli OFE uznał fakt, że w rezultacie wprowadzenia w życie projektu rządowego potrzeby pożyczkowe Polski do roku 2020 zmniejszą się o 190 mld zł. Istotnie o tyle zmaleją zobowiązania w postaci skarbowych papierów wartościowych nabywanych przez inwestorów krajowych i międzynarodowych. Premier zapomniał jednak dodać, że równocześnie pojawią się nowe zobowiązania skarbu państwa w postaci zadłużenia na nowych kontach składkowiczów tworzonych w ZUS. Z uzasadnienia projektu ustawy wynika, że ten nowy dług do 2020 r. wyniesie 226 mld zł... w rzeczywistości, jak wynika z porównania tych dwóch liczb, potrzeby pożyczkowe Polski wzrosną w rezultacie przyjęcia tej ustawy do 2020 r. o 36 mld zł".

Kropka. Cały Tusk, cały on. Nota bene, tę opinię byłego wiceministra rządu Tuska wydrukowała "Gazeta Wyborcza", na kolumnach informacyjnych i publicystycznych prorządowa do granic lizusostwa (ale zawsze mówiłem, że w części ekonomicznej to zupełnie dobra i wiarygodna gazeta, zapewne dlatego, że Michnik nie ma o ekonomii pojęcia i nigdy się w ten dział nie wtrącał).

To nie jest oczywiście obiecana w tytule cała prawda o Tusku, ale jej znacząca część.

Pół roku temu Tusk obiecał, że zmniejszy zatrudnienie w administracji o 10 procent (co oznaczałoby powrót do stanu odziedziczonego po Kaczyńskim). Od tego czasu zatrudnienie w ministerstwach i urzędach wojewódzkich wzrosło już o 34 procent. To też nie jest cała prawda o Tusku, ale jej znacząca część.

Tusk ma w swojej partii Jacka Saryusza Wolskiego, jednego z najlepszych polskich specjalistów od Unii Europejskiej. Ma w swych szeregach Grzegorza Kostrzewę Zorbasa, który ze spraw polityki międzynarodowej robił doktorat u Zbigniewa Brzezińskiego. Saryusz jest z woli Tuska w totalnej odstawce, odsunięty od jakiegokolwiek wpływu na cokolwiek, Zorbasa zesłano do sejmiku mazowieckiego, gdzie zajmuje się sprawami grubo poniżej swej wiedzy, a głównym swym specjalistą od polityki międzynarodowej uczyniła PO pana, który ma w tej kwestii takie doświadczenie, że prowadził kiedyś biuro podróży w Iławie. I to też nie jest cała prawda o Tusku, ale jej znacząca część.

Przed kilku laty "The Economist" porównywał Polskę do - powiedzmy to wprost, choć Brytyjczycy nie użyli takiego słowa - idioty, który ma w dachu dziurę, ale jej nie łata, bo po co, jak pogoda ładna. Idiota w swej miłej beztrosce nie dał się przekonać, że dach trzeba łatać właśnie dopóki jest pogoda, bo jak zacznie lać deszcz, będzie za późno. A teraz, kiedy pada, rozkłada ręce i mówi: "No, czy to moja wina? Czy to moja wina, że jest światowy kryzys, że działamy w takich trudnych warunkach? Czy można mnie winić o to, że deszcz pada?".

I oczywiście nieodmiennie znajduje podobnych sobie, tylko niżej postawionych idiotów, którzy gorliwie powtarzają: "No nie, nie można go przecież winić. Czepiać się naszego Tuska, że cały świat jest w kryzysie, że rosną ceny paliw i żywności, no, cóż za nonsens! Stara się chłop jak może. A za Kaczyńskiego to przecież była duszna atmosfera i w ogóle straszne rzeczy".

Jeśli ci durnie biorą za swoje androny pieniądze, to jeszcze pół biedy. Najsmutniejsze jest, że jakaś ich część naprawdę do tego stopnia dała sobie narobić do głów.

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy